Niezwykłe, powojenne losy. Spotkał się z ojcem po… 29 latach!

6 minut czytania

Mieczysław Sobol jest, urodzonym w Warszawie, jedynym tarnowianinem, który przeżył, mając wtedy 10 lat, Powstanie Warszawskie. O jego powstańczych losach i o tym, jak trafił do Tarnowa, gdzie mieszka do dziś, pisaliśmy przed kilkoma miesiącami na łamach magazynu „Tarnow.in”.

Ale niezwykła jest także historia rozłąki z ojcem i spotkania z nim po 29 latach od rozstania we wrześniu 1939 roku.

Marian Sobol (ur. 1901) ukończył przed wojną słynną Szkolę Orląt w Dęblinie .Przydzielony został do dowództwa lotnictwa w stolicy, gdzie dosłużył się rangi kapitana, za działania wojenne dostał stopień majora. We wrześniu 1939 roku skierowany został do Armii Poznań, skąd jednak odesłano go do Warszawy, bo Armia Poznań nie posiadała już lotnictwa.

– Ojciec zdołał nas jeszcze, w obliczu ataków lotniczych Niemców, przeprowadzić w ostatniej chwili z Ursynowskiej na Narbutta, bo tam pod kamienicą były piwnice. Schodziliśmy do nich w czasie nalotów.

Kapitan Sobol ewakuował się z wojskiem przez Zaleszczyki do Rumunii. Udało mu się w ostatniej chwili, bo to przejście graniczne kilka godzin potem zajęli Rosjanie. Internowany w Rumunii, przedostał się do Francji, do armii Sikorskiego, a po upadku Francji ewakuował się z tysiącami innych do Anglii. Tu latał jako pilot w dywizjonach 301 i 302.

– Próbowaliśmy się dowiedzieć o tych angielskich latach ojca. Pisałem w tej sprawie do ministerstwa obrony narodowej Wielkiej Brytanii. Odpisali, że należy przez bank, który wskazali, wpłacić na ten cel 30 funtów. Wpłaciłem, ale odzewu nie było. Interweniowałem na różnych szczeblach i w rozmaitych instytucjach, w końcu ambasada Polski odpowiedziała, że to oni wpłacą tę sumę, co też zrobili. Pieniędzy wysłanych bankowi nie zwrócono mi nigdy. Pisałem w tej sprawie do brytyjskiej ambasady, ale bez odpowiedzi…

Major Marian Sobol nawiązał kontakt listowy przez swego brata Jana, mieszkającego w Tarnowie. To u niego zamieszkali żona i syn Mieczysław po Powstaniu. Ojciec przysyłał paczki via Portugalia, żeby nie narażać się komunistycznym władzom, że przychodzą one z Anglii, bo byłoby to przez komunistów źle widziane. Przysyłał żywność i ubrania.

– Kiedy w 1956 nastała polityczna odwilż , zaprzestano prześladowania AK-wców i inaczej patrzono na losy polskiej armii i żołnierzy którzy zostali w Wielkiej Brytanii, namawialiśmy w listach ojca, żeby wrócił do Polski. Odpowiadał na nie, ale omijał ten temat. Był przekonany, że to UB kazało nam tak pisać.

– W 1968 roku miałem już 39 lat. Wystąpiłem o paszport i, o dziwo, przyznano mi go po miesiącu. Ojciec przysłał zaproszenie, opłacił podróż koleją, najpierw do holenderskiego portu, stamtąd statkiem do Anglii i pociągiem do Londynu. Napisałem ojcu, że będę czekał przy lokomotywie. Wybiegłem z wagonu, zostawiając walizkę… Przy lokomotywie stał mężczyzna, po rysach poznałem że to musi być ojciec. Nie widziałem go 29 lat! Zawołałem: „tato, poczekaj, idę po walizkę”. Pojechaliśmy do Nottingham, gdzie wynajmował mieszkanie w domu jednorodzinnym. Już po drodze niekończące się opowieści o tym, jak tu sobie radziliśmy, jak przeżył wojnę on.

Namawiał ojca na powrót. Tu żył samotnie, nie ożenił się ponownie.

– Ojciec odmawiał, nie chciał wracać. W końcu jednak udało mi się go przekonać. Miał emeryturę, po wojnie pracował w zakładach zbrojeniowych. Przeliczyliśmy, że w Polsce jego emerytura wynosiłaby ponad 2 tysiące złotych, to sporo jak na tamte lata. Dał się przekonać do powrotu, ale zaznaczył, że musi uskładać na podróż i nowe życie. Nie zdążył. W wyniku jakichś powikłań pękł mu woreczek żółciowy i zmarł w 1979 roku, dwa lata po moim z nim spotkaniu. Pochowany został w Nottingham. Byłem z synem na jego grobie…

Notował Zygmunt Szych

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.