Opowieści niesamowite (4). Pies z Wrzosowiska

Wrzosowisko. Tak miejscowi nazywają miejsce, gdzie się wszystko zaczęło. Kilkanaście lat temu. W małej, podtarnowskiej miejscowości. Imiona moich rozmówców są zmienione. Dla ich, ale także dla mojego bezpieczeństwa. Tutejsi nie lubią, nie chcą, a nawet grożą, kiedy ktoś wtrąca się do tych niejasnych, nigdy nie wyjaśnionych historii…

Zaczęło się od tajemniczej śmierci 45-letniego mężczyzny. Utonął w starej, od dawna nie używanej studni na terenie opuszczonego kilkadziesiąt lat wcześniej gospodarstwa. Dopiero po kilkunastu dniach odnaleziono jego ciało. Było w rozkładzie. W wodzie leżały dokumenty, min. dowód osobisty. Dzięki temu udało się się ustalić, kim on jest. A raczej: był. Człowiek z tych stron.

I wtedy po raz pierwszy pojawił się Pies z Wrzosowiska. Wielki, czarny. Okrutny.

– Na Wrzosowisku bywaliśmy nieraz. Rosną tam, tuż przy potoku, wrzosy o kolorze białym, bardzo rzadkim, i te typowe, liliowe. Niektórzy zbierali je i sprzedawali na Burku. Szły jak woda – mówi pan Stanisław.

Pewnego dnia zauważył z daleka jakieś dziwne zwierzę. Poruszało się niemrawo, potem wstało z leża i pobiegło truchtem.

– Dokładnie w stronę tej studni, gdzie utonął nasz znajomy. Pies zawył i nagle zniknął nam z pola widzenia.

Swego czasu głośna była historia policjanta z Tarnowa, który zamordował swojego szwagra, zwłoki owinął w dywan i próbował zakopać w rowie. Okazało się, że ukradł jakieś pieniądze. Został złapany na gorącym uczynku, ale zdążył jeszcze zastrzelić się. Był psychicznie chory.

– Widzieliśmy tu wtedy czarnego psa. Kręcił się po obejściu.

Kilka lat potem, nieopodal, znaleziono zwłoki starszego małżeństwa. Głowy mieli rozłupane siekierą. Policyjny pies zgubił ślad w pobliskiej kukurydzy. Krakowskie policyjne „Archiwum X”, próbujące poszukiwać sprawców dawno zapomnianych zbrodni do dziś stara się wytropić, kto mógł dokonać makabrycznego morderstwa.

– Ten czarny pies pojawiał się tu wieczorami. Leżał i wył do księżyca. Potem znikał znienacka.

Rok później przy głównym dukcie, na starym dębie natrafiono na wisielca. Mieszkaniec Tarnowa wybrał to akurat miejsce, odludne i odległe kilkanaście kilometrów od miasta, by powiesić się na szaliku. W górach wiał wtedy halny, a to zawsze budzi szczególny niepokój u ludzi o słabej konstrukcji psychicznej.

– W pobliżu jest dziki staw, a w nim sporo karasi,w sam raz na zanętę na szczupaki. Poszedłem tam z wędką, to było chyba miesiąc po tym powieszonym. Spod tego drzewa wybiega nagle czarny pies, wielki jak cielę. Wystraszyłem się. Ale zachowywał się spokojnie. Nie warczał. Umknął szybko, chyłkiem, do lasu i zniknął mi z oczu.

Przy drodze powiatowej nieciekawy, prostokątny staw. Wykopano go jeszcze w latach siedemdziesiątych.

– Tego chłopaka znaleziono dopiero po trzech miesiącach. Musiał stoczyć się po ciemku ze skarpy. Utonął.

Ludzie z tych stron widzieli, jak dookoła stawu biega wielki, czarny pies.

– Patrzył na nas, ślepia mu się świeciły jak wilkowi jakiemu – wspomina pani Zofia.

– Bałyśmy się, bo to już pora ostatniego autobusu, a do domu mieliśmy dwa kilometry. Obleciał ten staw kilka razy i zniknął gdziesik w lesie.

Wrzosowisko wtedy opustoszało. Już nikt z miejscowych nie wybierał się tu „na wrzosy”, które do niedawna zdobiły przydomowe ogródki, sadzone były w pokojowych donicach albo sprzedawane na Burku.

– Ale pies tam nadal był. Zdarzyło się kilka lat temu, że zaginął starszy mężczyzna z naszych stron. Zagubił się, a może go pamięć zmyliła. Szukano go, wylepiono ulotki przy sklepie.

Ciało znaleziono w potoku dopiero po dwóch miesiącach.

– Biegał przy nim czarny pies. Ten sam, którego widziałem raz jedyny przy stawie, pod dębem gdzie się ktoś z Tarnowa powiesił – przypomina sobie pan Kazimierz.

Dziwna miejscowość. Dochodziło tu nawet do zbrodni, nie tylko losowych wypadków. Zawsze wtedy, jak mówią tutejsi, pojawiał się czarny Pies z Wrzosowiska.

Byłem tam kiedy nikt się powiesił, nikt nie utonął i nikogo nie dźgnięto nożem. Widziałem, z bezpiecznej odległości, wielkiego, czarnego psa. Podniósł się z legowiska, powlókł w nieznane strony.

Jeżeli wierzyć moim rozmówcom, powinien mieć 50 lat. Żaden pies nie żyje tak długo.

Dziwna sprawa. Nikt jej nie badał, choć wielu, tak jak i ja, Psa z Wrzosowiska widziało na własne oczy.

Fot. Ewa Janiec

Dodał /

Napisz komentarz

Your email address will not be published.

Start typing and press Enter to search