Connect with us
Reklama

Opowieści niesamowite

Opowieści niesamowite. Dom przy cmentarzu

Opublikowane

on

Tak się dziwnie złożyło, że niewielki dom z ciemnej cegły w Bolesławiu, w peryferyjnej dzielnicy Podlas wychodzi, i to od trzydziestu z górą już lat na cmentarz. To jedyny widok z okna, jaki ma właściciel domu, sędziwy dziś pan Janusz G. Frontowa ściana domu posiada jednie dwa okna, z tyłu budynku jest tylko ślepa ściana. Chcąc- niechcąc, pan G., kiedy spojrzy przez okno, a spogląda coraz częściej, bo nogi już nie te i prawie nie wychodzi z domu- widzi groby i nagrobki, ciągnące się aż po zagajnik Podlesia. Kiedyś był tu widok na łąkę, ciągnącą się ku zagajnikom, ale cmentarz rozrastał się z każdym rokiem i zajął także ten rejon.

Samotny lokator już dawno temu wpadł na pomysł, zapewne z wszechogarniającej nudy, by spisywać pogrzeby, jakich był tu mimowolnym świadkiem. Kupił solidny, gruby brulion i komplet długopisów. Na stronie tytułowej starannie wykaligrafował wielkimi literami: „Moje widoki na cmentarz”.

Ponieważ często przyjeżdżałem w te strony, a pana Janusza znam od wielu lat i ma do mnie absolutne zaufanie, nie odmówił, kiedy go poprosiłem by dał mi zajrzeć do osobliwego pamiętnika. Podczas lektury nie kryłem przed nim zdumienia dla niezwykłej staranności co do faktów, jakie opisywał. Był świadkiem zmienności cmentarnych obyczajów. Najstarsze zapiski pochodzą z lat, kiedy dominowały tu groby ziemne z wbitą do gruntu żałobną tabliczką z nazwiskiem zmarłego i datą narodzin i śmierci. Nie było jeszcze wtedy mody na znicze, a w dzień Wszystkich Świętych wbijano w ziemię białe świece ,od których łuna trzymała się późno w noc nad całym Podlasiem.

– Dziś chowali górnika z kopalni Mortimer, zginął tragicznie na kopalni. Było tąpniecie, a on pod ścianą z kilofem, zasypało go i nie było ratunku. Przyjechała górnicza orkiestra z czarnymi pióropuszami na czapkach. Szli za konduktem pod sam grób…

Pod datą 3 lipca 1962 zapisał drżącą chyba z emocji ręką:

– Chowali dwójkę rodzeństwa, dziewczynka 4 latka, chłopczyk 6 . Przechodzili przez szosę. Mało uczęszczana, ale świadkowie mówili i powtarzali to przy małych gróbkach, że nagle pojawiła się skądś „warszawa”, a oni trzymali się za ręce i na widok samochodu ciągnęli się to w jedną to w drugą stronę aż ich ten samochód rozjechał. Jak ludzie płakali! Nie tylko rodzina, obcy też…

Pogrzeb hutnika, który zginął na posterunku, kiedy rozerwało kocioł na wielkich piecach, też miał oprawę z orkiestrą.

„Pojawił się tu pierwszy w tej stronie cmentarza murowany grób. Przybywa ich coraz więcej, widocznie ludzie porobili się bogatsi niż pierwej. Tych ziemnych coraz mniej jest”- napisał pod datą 14 października 1976.

Zupełnie niespodziewanie trafiłem w tej kronice wydarzeń cmentarnych na niezwykły zapisek, odstający od wszystkich innych treścią. Poprosiłem o szczegółowe objaśnienia, ale gospodarz wymówił się, tłumacząc, że dziś już niewiele z tamtego zdarzenia pamięta. Miał przy tym zakłopotaną minę i był wyraźnie niezadowolony z powodu mojego pytania .

– Było, minęło. Po co tamto wspominać?

To jeszcze bardziej rozpaliło moją ciekawość, bo zdałem sobie sprawę, że doskonale pamięta zdarzenie, które szczegółowo opisał w czarnym brulionie.

„Nie mogę spać spokojnie od jakiegoś czasu. Przesiaduję w oknie do późnej nocy. To co zobaczyłem wczoraj, kiedy zaczęła się pełnia i światło księżyca wlało się do mojej sypialni tak, że bez elektryki mógłbym czytać, niesamowicie mnie zdziwiło.

„Zobaczyłem jak przy oślepiającym księżycu stoi na murawie, zaraz za ostatnim grobem trzech panów. Byli elegancko ubrani, każdy w dużym, ciemnym kapeluszu i płaszczu do kostek. Nie mówili nic, ręce mieli złożone przed sobą i stali tak w milczeniu. Jakby naradzali się nad czymś bez słowa, w zupełnym milczeniu. Być może modlili się, chociaż byłoby to dziwne, bo nie stali nad grobem tylko na niedawno skoszonym skrawku trawy. W pewnym momencie jeden z nich nachylił się do drugiego, coś mu szepnął do ucha, a tamten chyba powtórzył to trzeciemu, bo nagle jak na komendę odwrócili się w stronę naszych domków i popatrzyli na ten, gdzie mieszkał sąsiad… Była pierwsza w nocy. Zauważyłem, że księżyc pochylił się nad starym dębem w rogu cmentarza i rzucał długi cień, idący od tych trzech postaci do samego skraju domu mojego sąsiada.”

Tu relacja urywa się nagle, a następny zapisek dokonany jest dopiero po paru dniach.

„Dziś pochowaliśmy sąsiada, mieszkającego obok. Na pogrzebie nie byłem, patrzyłem na wszystko z okna. Chodzić nie mogę, tyle co po pokojach… W nocy znowu w oknie. Ten sam widok co wtedy, przy pełni. Znowu tych trzech, tak samo jak wtedy ubranych. Tym razem gadali coś do siebie, gestykulowali, jakby się ze sobą kłócili. Co mogli robić w tym pustym miejscu, na lichym trawniku, o pierwszej w nocy? Zdjęli kapelusze, trzymali je kurczowo w rękach i nie minęło pół godziny, jak odeszli stąd w głąb cmentarza. Zupełnie straciłem ich z oczu. Kiedy tak odchodzili znowu, jak wtedy przy pełni, spojrzeli na dom niedawno zmarłego i zniknęli.”

– Widział ich pan jeszcze kiedyś?

– Jednego. Stał tak samo jak zwykle ubrany i w takiej samej pozie kiedy było ich jeszcze trzech. Minęło może pół godziny, kiedy wyszedł przez bramę, a mijając moje okno, spojrzał na mnie ukradkiem i ukłonił się, uchylając kapelusza.

– Do dziś zachodzę w głowę, kim byli tamci trzej, i dlaczego nagle pojawił się tylko ten jeden. Dlaczego tak uparcie wpatrywali się w długie cienie, dotykające domu zmarłego zaraz potem sąsiada? Rozpytywałem innych, czy widzieli kiedyś takich ludzi, ale wszyscy zaprzeczali. Pewnie już nigdy się tego nie dowiem.

Zygmunt Szych

Opowieści niesamowite

Opowieści niesamowite. Człowiek, który przyjechał na swój pogrzeb

Opublikowane

on

B. wysiadł z niemiłosiernie zakurzonego autobusu PKS w samym rynku miasteczka, gdzie mieszkał przed laty. Pierwsze co zrobił to otrzepał kurz z marynarki.

Nooo – mruknął pod nosem – czyli wszystko tu po dawnemu. Nigdy wcześniej nie trafiłem tu na autobus który lśniłby czystością.

Pobyt zaplanował na kilka dni. Ot, tak, żeby pochodzić po starych kątach, które znał na pamięć. Liczył też, że może napotka na jakichś znajomych z dawnych lat, kiedy chodził tu do liceum.

Przy ulicy Poprzecznej, na samym rogu, trafił na zakład wyrobu trumien, z krótkim , ale za to wielkim nadpisem „TRUMNY”.

– Ciekawe – pomyślał, czy jak dawniej, za moich czasów, handlują nielegalnie alkoholem.

Uchylił drzwi. Za stołem siedział trumniarz, pochylony nad papierami. Ale nie zwrócił na B. uwagi, choć drzwi mocno skrzypiały kiedy wchodził.

– Ten sam co niegdyś . Pewnie mnie nie poznał.

B. postanowił się zameldować w hoteliku. –

– Mieszkałem tu kiedyś- zagaił, licząc, że może uda mu się porozmawiać z recepcjonistką, której twarz wydała mu się znajoma.

– No i cóż tego? Każdy tu kiedyś mieszkał – rzuciła nieuprzejmie- ale powyjeżdżali. Taki B., dajmy na to. Wyjechał i ślad po nim zaginął.

B. był przekonany, że to o nim mowa. Już, już miał powiedzieć że to on jest tym, B., ale w ostatniej chwili się powstrzymał.

– Dziś jego pogrzeb. Może pan słyszał o nim?

Nic nie odpowiedział, bo sytuacja wydała mu się absurdalna.

Udał się na spacer po rynku .Jego uwagę zwróciła grupka osób, które zgromadziły się przed tablicą ogłoszeń i głośno o czymś rozmawiali, gestykulując przy tym żywiołowo.

Zaintrygowany podszedł bliżej. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Jakby nie istniał.

Ktoś z grupki mieszkańców czytał na głos nekrolog i B. ze zdumieniem stwierdził, że jest na nim jego nazwisko!

No, w końcu noszę popularne w tych stronach nazwisko. A i imię Jan, też pospolite. Przecież niemożliwe, żeby nekrolog mnie dotyczył.”

Ale z najwyższym zdumieniem przeczytał, że nieboszczyk jest dokładnie w tym samym wieku, co on. Dla pewności postanowił wziąć udział w pogrzebie.

Ktoś wygłaszał mowę pożegnalną i B. stwierdził, że mówca podaje dane z jego życiorysu!

– Dwadzieścia lat temu wyjechał z naszego miasteczka w nieznane i wszelki słuch po nim zaginął – mówił człowiek w którym B. rozpoznał licealnego kolegę. Chodzili do tej samej klasy.

Po ceremonii ludzie rozchodzili się powoli do domów.

– Staszek, nie poznajesz mnie?- zawołał do byłego kolegi- popatrz, ja żyję, a ty opowiadałeś tu o mnie jak o zmarłym.

Ale mężczyzna zupełnie nie zwracał na niego uwagi. Podobnie było z innymi, którzy uczestniczyli w pogrzebie.

– Do licha, przecież ja żyję. Nie umarłem! – zawołał, ale i na ten jego okrzyk nikt nie zareagował.

Zygmunt Szych

Czytaj dalej

Opowieści niesamowite

Opowieści niesamowite. Latarnik z Upiornej Uliczki

Opublikowane

on

Dodane przez

Przygarbioną ze starości uliczkę w Ulanowie u ujścia Tanwi do Sanu nazywają od dawna Upiorną Uliczką. Ta nazwa na dobre już do niej przylgnęła, a to za sprawą wymarłych, maleńkich domków jakie ją tworzą.

W większości z nich od dawna nikt już nie mieszka. Właściciele powymierali, a na ich miejsce nie przyszedł nich i nikt już tu nie zamieszka. Tylko w niektórych domkach czasami wieczorem zabłyśnie mdłe światełko świecy albo lampy naftowej.

Lata temu była tu awaria elektryczności, skutkiem której poszedł z dymem jeden z tych małych domków ze skrzypiącymi jak wszędzie tutaj drzwiami, zamykanymi na skobel i dwoma maleńkimi oknami, wychodzącymi na uliczkę. Spłonął też w tym pożarze gospodarz, którego nazywano tu Latarnikiem, bo jako jedyny w całej okolicy znał się na elektryczności i czasami sobie tylko znanymi, chałupniczymi metodami dawał drugie życie klekoczącym się na listopadowym wietrze latarniom, które pochodziły jeszcze z wczesnych lat minionego stulecia.

Do niedawna czasami przemykała tędy inna osobliwa postać: zgarbiony ale o pewnym choć ciężkim kroku Szczurołap. Bez jego posługi garstka tutejszych mieszkańców jacy jeszcze zostali przy życiu, głównie wdów, bo ich mężowie dawno temu odeszli do wieczności, zostałaby przez coraz bardziej zuchwałe szczury zjedzona. Właściwie można powiedzieć, że dziś Upiorną Uliczkę, a zwłaszcza tutejsze domku zamieszkują głównie szczury. Ludzie zdecydowanie zeszli na drugi plan.

Szczurołap miał swoje nietuzinkowe metody. Do jednej z nich, szczególnie przez niego ulubionych i co najważniejsze przynoszących dobre skutki należało zaprzyjaźnianie się z nimi. O zmroku, kiedy szczury masowo opuszczają domostwa i węszą w poszukiwaniu pożywienia, zasiadał on na kamiennych schodkach tuż przy drzwiach i czekał. A kiedy już się pojawiały, zawsze miał dla nich dobre słowo, nie odpędzał ich, częstował jakimiś smakołykami. Zwykle były to jakieś okrawki wędlin, które dostawał w miejscowym sklepiku mięsnym. Jego właściciel wiele zawdzięczał Szczurołapowi, bo ten, gdy szczury dokonują nocnych inwazji na magazyny sklepiku, skutecznie je wyłapywał.

Szczury łasiły się do niego, skuszone zapachem resztek po boczku czy szynce, siadały mu całymi gromadami to na kolanach, to znowu na pogarbionych od starości plecach, właziły za pazuchę, przesiadywały na ramionach,a on głaskał je delikatnie i mruczał coś pod nosem. Szczury, syte, zasypiały, stając się łatwym łupem. Kiedy je już unicestwił, zawiązywał je na sznurku, zarzucał cały ten majdan na koślawe plecy i wędrował z nimi nad Tanew, gdzie je zostawiał lisom lub jenotom.

Kiedyś wydarzyła się tu tragedia, której dotąd nikt nie zdołał wyjaśnić. Znaleziono mianowicie Szczurołapa martwego: miał przegryzione gardło. Ludzie mówili, że zasnął przy karmieniu szczurów, a te wyczuły od niego szczurzy zapach i zemściły się za swoich pobratymców, których oswajał by je zabić.

Od tego czasu raz na jakiś czas, zwykle późną jesienną porą, kiedy Upiorna Uliczka zamiera na dobre, pojawia się tu Latarnik, ten sam który zmarł tu w pożarze swojej chałupy. W małych okienkach domostw jeden po drugim zapala się jasne światło i uliczka ożywa wtedy, jest pełna gwaru, wesołych ochoczych śmiechów, zupełnie tak jak było to ponad sto lat temu, kiedy przezywała swą młodość. Trwa to raptem kilkanaście minut, po czym światło gaśnie powoli,z umiarem, zamierają radosne głosy i śpiewy, a potem wszystko wraca do normy.

Co najmniej kilkanaście osób z tych strona było świadkami dziwnego, osobliwego zjawiska, niektórzy przysięgliby, że widzieli też Latarnika, jak wychodzi przed swój domek, żeby sprawdzić po niebie, jaka ich tu czeka pogoda przez najbliższe dni. Potem znika w czeluściach swojego jeszcze nie spalonego domu i chodzi po tutejszych domostwach, zapalając wesołe światła.

Kiedy już zmęczy go ta robota, wraca do siebie, ale rankiem widać w miejscu, gdzie kiedyś mieszkał jedynie marne resztki po dawno spalonej chałupie Latarnika…

Zygmunt Szych

Czytaj dalej

Opowieści niesamowite

Opowieści niesamowite. Człowiek, który młodniał

Opublikowane

on

Dodane przez

Nie wiadomo, jak skończyłaby się ta niezwykła historia, gdyby nie pewien tragiczny przypadek jaki rzecz całą obrócił w nicość.

Pobrali się, kiedy oboje mieli nieco ponad dwadzieścia lat. Małżeństwo, choć bezdzietne, dotrwało szczęśliwie do pięćdziesiątki, kiedy u C. zaczęły pojawiać się, niemal z tygodnia na tydzień, zadziwiające zmiany. On sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ale jego małżonce nie uszły one uwadze.

– Ufarbowałeś sobie na czarno włosy?- nie mogła się nadziwić pani G., przyzwyczajona do tego, że jej mąż miał od pewnego czasu włosy lekko już przyprószone siwizną.

– Skądże znowu- zaprotestował C. żywiołowo- przecież wiesz, że nie używam żadnych takich… To takie niemęskie.

A jednak, kiedy przyjrzał się sobie w lustrze, zauważył, że sugestia żony była jak najbardziej na miejscu. Lekka siwizna zniknęła,w jej miejsce pojawiły się kruczoczarne włosy, jakie nosił w młodości…

Nie był to jedyny, choć może najbardziej rzucający się w oczy przejaw dziwnego zjawiska, które dotknęło C.

Pewnego ranka, przy goleniu sam zauważył, że zniknęły mu zmarszczki na czole i twarzy. Po kolejnych kilku miesiącach odkrył, że nie ma już, jak do niedawna, worków pod oczami. Jego oczy zaś, określane jako piwne, nabrały zdecydowanego blasku, choć normalnie,w wieku niemal pięćdziesięciu lat, bo tyle miał według metryki, nie jaśniały wcześniej jak za młodych lat, kiedy brał ślub.

Tymczasem jego małżonka starzała się powoli, choć z godnością. Nie lamentowała z powodu napierającej siwizny, zmarszczki próbowała maskować kosmetykami, wieczorami, zamiast praktykowanych wcześniej spacerów, wolała teraz zasiadać w bujanym fotelu i oddawać się lekturze swoich ulubionych dziewiętnastowiecznych francuskich powieściopisarzy. Z podziwem, ale i pewnego rodzaju niepokojem konstatowała, że mąż bez trudu wbiega jak chłopiec na trzecie piętro bloku w którym mieszkali. Do niedawna sapał i robił sobie krótkie przystanki na każdym z mijanych pieter.

Minął jakiś czas od kiedy pani G. zauważyła u męża „zmiany na lepsze”, jak je w przypływie dobrego humoru, jakiego, co tu ukrywać doświadczała coraz rzadziej, nazywała. Niemal z każdym miesiącem zauważała, że mąż pięknieje podczas gdy na jej obliczu malowała się łagodna co prawda, ale i nieubłagana starość.

„No cóż, tłumaczyła sobie, mam przecież teraz prawie sześćdziesiąt lat. Inne w moim wieku wyglądają zdecydowanie gorzej”.

Ale zmiany zachodzące w fizjonomii i zachowaniu męża nie dawały jej spokoju. Popołudniami coraz częściej wychodził z domu, żeby pograć w piłkę z dwudziestolatkami, nad którymi wyraźnie dominował fizyczną tężyzną i wytrzymałością. Kupił sobie motocykl, używanego harleya davidsona, modnego i upragnionego przez swoich dwudziestoletnich kolegów, których mu przybywało. Rówieśników, jak on podchodzących pod sześćdziesiątkę, dziwnie zaczął unikać, co nie uszło ich uwadze. Szalał na tym motocyklu jak młodzieniec, którym powoduje brawura i brak rozwagi.

Jego żona coraz częściej sięgała po robótki ręczne wieczorami. Chciała mężowi sprawić sweter na jego sześćdziesiąte urodziny, ale ten niespodzianie ją wyśmiał.

-Wełniany sweter? Ależ ja się dobrze czuję ot, tak, na luzie. Swetry dobre dla starych ludzi…

Dotknęło ją to nie tylko z tego powodu, że wyśmiał jej prezent, ale i z powodu tej uwagi o starych ludziach. Przecież… powinien być jak i ona starszym człowiekiem.

Ale nie był. Wyglądał teraz na dwudziestolatka, tego samego chłopaka, którego G. poślubiła przed laty. Gibki,wysportowany, z falą kruczoczarnych włosów nad czołem i łobuzerskim spojrzeniem, kiedy dosiadał swojego harleya.

Sytuacja stawała się dla G. nie do zniesienia, zwłaszcza od kiedy lekarz, z powodu trapiących ją zawrotów głowy zalecił jej chodzenie o lasce. Jej mąż nadal grywał na podwórku w piłkę z chłopakami z podwórka i szalał na motorze.

Różnili się od siebie fizycznie i psychicznie tak bardzo, a stan ten pogłębiał się jeszcze z miesiąca na miesiąc, że w końcu G. zdobyła się na desperacką decyzję.

– Posłuchaj- postanowiła nie owijać w bawełnę. -Tak dłużej być nie może. Przemyślałam sobie wszystko. Coraz bardziej różnimy się od siebie. Znajomi zwracają mi coraz częściej na to uwagę. A i ja sama widzę i czuję, że dzieli nas przepaść. Uważam, że… że powinniśmy się rozstać.

Sądziła, miała nadzieję, że mąż zbagatelizuje tę jej decyzję. Wyśmieje. Ale nic takiego nie nastąpiło.

– Skoro tak uważasz- powiedział cicho, choć wyczuła w jego głosie pewną nutkę bezczelności.

Nie doszło jednak do rozwodu. Pewnego dnia C. wsiadł na swój motocykl i zabawiał się szaloną jazdą, próbując slalomu między tirami, jadącymi w długiej kolumnie po autostradzie.

Zgubiła go brawura, typowa dla młodych ludzi. Nie przeżył upadku, dostając się pod koła jednej z ciężarówek.

Pani G. owdowiała. Żegnała męża, który wyglądał na dwadzieścia kilka lat, choć byli przecież równolatkami…

Zygmunt Szych

Czytaj dalej

Polub nas na FB

Advertisement

Popularne