Connect with us
Reklama

Opowieści niesamowite

Opowieści niesamowite. Dziewczynka na zardzewiałej huśtawce

Opublikowane

on

Przed stoma laty ta piętrowa kamienica z charakterystycznej dla Zagłębia i Śląska, ponurej czarnej cegły, przy ul. Dąbrowskiego w Dąbrowie Górniczej była tu jedną z wielu. Dziś liczy sobie dokładnie sto lat i jest jedyną tego rodzaju w całej okolicy, otoczona nowobogackimi willami i kolorowym budynkami z wielkiej płyty. Obecnie od dawna, w tym mocno zaniedbanym domu, straszącym pustymi oczodołami wąskich okien ,ciągle jeszcze ozdobionymi niewielkimi talerzami anten satelitarnych, nie mieszka już nikt. Nikt, poza panią Leokadią, tajemniczą, liczącą sobie tyle lat co sama kamienica, ale zachowującą zdumiewającą i budzącą podziw bystrością umysłu i fizyczną sprawnością. Dostrzec można ją tylko raz dziennie: pojawia się na mocno zaniedbanym podwórku, kiedy chyłkiem przemyka, nie wiadomo skąd, tuż po zmroku i znika w czeluściach dziwnego domu.

O tym, że niegdyś podwórko mogło tętnić życiem dziś świadczyć może jedynie stara, mocno już zardzewiała huśtawka, posadowiona jak przed laty pośrodku, między dającą upragniony cień w gorące dni gruszą i ruderami, w których dawni lokatorzy trzymali zapas węgla na zimę, ziemniaki, hodowali jak wszyscy dawni górnicy- gołębie i króliki. Ale to już przeszłość, znajoma jedynie tym najstarszym. Mimo to, rudery tętnią życiem, zwłaszcza latem. Zaanektowali je na przytulne mieszkanka dziwni osobnicy, zapewne pozbawieni własnego , domowego kąta. Śpią tu, piją, jedzą, czasami pograją w karty i tylko od czasu do czasu wymykają się do miasta. Pobliski całodobowy sklep z alkoholem to dla nich prawdziwy luksus: wystarczy o każdej porze dnia i nocy przejść na drugą stronę ulicy. O wiktuały dba pan Ferdynand, człowiek o wspaniałym imieniu, lichej posturze, mocno zaniedbanym odzieniu. W okolicy znają go wszyscy, bo, mówiąc sam do siebie, dokonuje każdego dnia, krzycząc, krytycznej mocno oceny sytuacji w mieście, Polsce i na świecie.

I tacy właśnie ludzie, beztroscy, nie liczący godzin ani dni, dla których pierwsza w nocy jest tak samo dobrą porą jak pierwsza po południu, byli tu przez długi czas jedynymi świadkami niesamowitego zdarzenia.

– Mogła być pierwsza, albo trochę dalej. Nie spaliśmy jeszcze, bo szczury strasznie hałasowały. Czekaliśmy na koty, które je stąd przepędzają, bo zdarzało się, że któregoś z naszych te szczury pogryzą. Zaskrzypiały drzwi do tej starej kamienicy. Wyszła mała dziewczynka, może trzy albo cztery lata. Z warkoczami, świecił księżyc, to my je widzieli. W ręce trzymała szmacianą lalkę. Usiadła na huśtawce i zaczęła się kiwać. Niemiłosierne zgrzytanie. Ferdek próbował ją uciszyć, ale chyba nic nie słyszała… Bawiła się tak z pół godziny, zanim znowu poszła do domu.

Naprzeciwko stuletniej kamienicy stoi czteropiętrowy blok, z oknami od kuchni wychodzącymi na upiorne podwórko.

– Kiedy Staszek, ten który tu sypia, w tych komórkach, opowiedział nam z przejęciem o tej małej ze szmacianą lalką, trochę się niego naśmiewałyśmy. ”A nie wypiliście aby za dużo?”- ktoś go zagadnął. Przysięgał, że widzieli nocną dziewczynkę na huśtawce.

Ludzie z bloku czasami przyniosą bywalcom komórek garnek pomidorowej albo trochę chleba z wędliną. Nie wierzyli ich opowieściom o dziewczynce na zardzewiałej huśtawce. Do czasu.

– A jednak ci nasi „turyści”, jak ich nazywamy, mieli rację- opowiada pani Joanna, mieszkająca na drugim piętrze, dokładnie vis-a vis podwórka i starej kamienicy. Była parna noc, nie mogłam spać. W dodatku to rytmiczne skrzypienie nie do zniesienia… Wyjrzałam przez kuchenne okno. Na huśtawce bujała się mała dziewczynka! Przyciskała szmacianą lalkę do piersi. pochylała się nad nią, jakby coś jej mówiła szeptem. Nie mogłam oderwać oczu od tej sceny. Po jakimś czasie dziecko zeskoczyło z siedzenia i zniknęło w drzwiach kamienicy. Huśtawka bujała się jeszcze jakiś czas, niemiłosiernie skrzypiąc.

Pani Joanna długo nie mogła przyjść do siebie. Obudziła męża, ale ten, zaspany ,ofuknął ja tylko. ”Pewnie miałaś jakieś senne majaki. To się zdarza w nocy”

Ale świadków zdarzenia, statecznych ludzi z bloku, którzy widzieli dziewczynkę na huśtawce przybywało. Byli zdumieni przerażeni wręcz zjawiskiem, bo przecież, poza samotną, stuletnią panią Leokadią nikt tu już nie mieszka. Skąd dziecko w takim miejscu o takiej porze? Wezwana którejś nocy policja nie stwierdziła nic osobliwego.

Pewnej nocy zgrzytnęły upiornie wielkie, drewniane drzwi starego domu. Wyłoniła się z nich staruszka i ruszyła zadziwiająco żwawym krokiem na środek podwórka, w stronę huśtawki. W ręku ściskała kurczowo szmacianą lalkę. Najwyraźniej bujanie się, coraz wyżej i wyżej, sprawiało jej przyjemność, bo rytmicznie klaskała w dłonie i śmiała, śmiechem małego dziecka.

A potem zamazała wszystko czarna noc i z najwyższym trudem ktoś cierpiący na bezsenność dostrzegł, że z huśtawki zeskakuje mała dziewczynka i znika w drzwiach kamienicy…

Opowieści niesamowite

Opowieści niesamowite. Człowiek, który przyjechał na swój pogrzeb

Opublikowane

on

B. wysiadł z niemiłosiernie zakurzonego autobusu PKS w samym rynku miasteczka, gdzie mieszkał przed laty. Pierwsze co zrobił to otrzepał kurz z marynarki.

Nooo – mruknął pod nosem – czyli wszystko tu po dawnemu. Nigdy wcześniej nie trafiłem tu na autobus który lśniłby czystością.

Pobyt zaplanował na kilka dni. Ot, tak, żeby pochodzić po starych kątach, które znał na pamięć. Liczył też, że może napotka na jakichś znajomych z dawnych lat, kiedy chodził tu do liceum.

Przy ulicy Poprzecznej, na samym rogu, trafił na zakład wyrobu trumien, z krótkim , ale za to wielkim nadpisem „TRUMNY”.

– Ciekawe – pomyślał, czy jak dawniej, za moich czasów, handlują nielegalnie alkoholem.

Uchylił drzwi. Za stołem siedział trumniarz, pochylony nad papierami. Ale nie zwrócił na B. uwagi, choć drzwi mocno skrzypiały kiedy wchodził.

– Ten sam co niegdyś . Pewnie mnie nie poznał.

B. postanowił się zameldować w hoteliku. –

– Mieszkałem tu kiedyś- zagaił, licząc, że może uda mu się porozmawiać z recepcjonistką, której twarz wydała mu się znajoma.

– No i cóż tego? Każdy tu kiedyś mieszkał – rzuciła nieuprzejmie- ale powyjeżdżali. Taki B., dajmy na to. Wyjechał i ślad po nim zaginął.

B. był przekonany, że to o nim mowa. Już, już miał powiedzieć że to on jest tym, B., ale w ostatniej chwili się powstrzymał.

– Dziś jego pogrzeb. Może pan słyszał o nim?

Nic nie odpowiedział, bo sytuacja wydała mu się absurdalna.

Udał się na spacer po rynku .Jego uwagę zwróciła grupka osób, które zgromadziły się przed tablicą ogłoszeń i głośno o czymś rozmawiali, gestykulując przy tym żywiołowo.

Zaintrygowany podszedł bliżej. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Jakby nie istniał.

Ktoś z grupki mieszkańców czytał na głos nekrolog i B. ze zdumieniem stwierdził, że jest na nim jego nazwisko!

No, w końcu noszę popularne w tych stronach nazwisko. A i imię Jan, też pospolite. Przecież niemożliwe, żeby nekrolog mnie dotyczył.”

Ale z najwyższym zdumieniem przeczytał, że nieboszczyk jest dokładnie w tym samym wieku, co on. Dla pewności postanowił wziąć udział w pogrzebie.

Ktoś wygłaszał mowę pożegnalną i B. stwierdził, że mówca podaje dane z jego życiorysu!

– Dwadzieścia lat temu wyjechał z naszego miasteczka w nieznane i wszelki słuch po nim zaginął – mówił człowiek w którym B. rozpoznał licealnego kolegę. Chodzili do tej samej klasy.

Po ceremonii ludzie rozchodzili się powoli do domów.

– Staszek, nie poznajesz mnie?- zawołał do byłego kolegi- popatrz, ja żyję, a ty opowiadałeś tu o mnie jak o zmarłym.

Ale mężczyzna zupełnie nie zwracał na niego uwagi. Podobnie było z innymi, którzy uczestniczyli w pogrzebie.

– Do licha, przecież ja żyję. Nie umarłem! – zawołał, ale i na ten jego okrzyk nikt nie zareagował.

Zygmunt Szych

Czytaj dalej

Opowieści niesamowite

Opowieści niesamowite. Latarnik z Upiornej Uliczki

Opublikowane

on

Dodane przez

Przygarbioną ze starości uliczkę w Ulanowie u ujścia Tanwi do Sanu nazywają od dawna Upiorną Uliczką. Ta nazwa na dobre już do niej przylgnęła, a to za sprawą wymarłych, maleńkich domków jakie ją tworzą.

W większości z nich od dawna nikt już nie mieszka. Właściciele powymierali, a na ich miejsce nie przyszedł nich i nikt już tu nie zamieszka. Tylko w niektórych domkach czasami wieczorem zabłyśnie mdłe światełko świecy albo lampy naftowej.

Lata temu była tu awaria elektryczności, skutkiem której poszedł z dymem jeden z tych małych domków ze skrzypiącymi jak wszędzie tutaj drzwiami, zamykanymi na skobel i dwoma maleńkimi oknami, wychodzącymi na uliczkę. Spłonął też w tym pożarze gospodarz, którego nazywano tu Latarnikiem, bo jako jedyny w całej okolicy znał się na elektryczności i czasami sobie tylko znanymi, chałupniczymi metodami dawał drugie życie klekoczącym się na listopadowym wietrze latarniom, które pochodziły jeszcze z wczesnych lat minionego stulecia.

Do niedawna czasami przemykała tędy inna osobliwa postać: zgarbiony ale o pewnym choć ciężkim kroku Szczurołap. Bez jego posługi garstka tutejszych mieszkańców jacy jeszcze zostali przy życiu, głównie wdów, bo ich mężowie dawno temu odeszli do wieczności, zostałaby przez coraz bardziej zuchwałe szczury zjedzona. Właściwie można powiedzieć, że dziś Upiorną Uliczkę, a zwłaszcza tutejsze domku zamieszkują głównie szczury. Ludzie zdecydowanie zeszli na drugi plan.

Szczurołap miał swoje nietuzinkowe metody. Do jednej z nich, szczególnie przez niego ulubionych i co najważniejsze przynoszących dobre skutki należało zaprzyjaźnianie się z nimi. O zmroku, kiedy szczury masowo opuszczają domostwa i węszą w poszukiwaniu pożywienia, zasiadał on na kamiennych schodkach tuż przy drzwiach i czekał. A kiedy już się pojawiały, zawsze miał dla nich dobre słowo, nie odpędzał ich, częstował jakimiś smakołykami. Zwykle były to jakieś okrawki wędlin, które dostawał w miejscowym sklepiku mięsnym. Jego właściciel wiele zawdzięczał Szczurołapowi, bo ten, gdy szczury dokonują nocnych inwazji na magazyny sklepiku, skutecznie je wyłapywał.

Szczury łasiły się do niego, skuszone zapachem resztek po boczku czy szynce, siadały mu całymi gromadami to na kolanach, to znowu na pogarbionych od starości plecach, właziły za pazuchę, przesiadywały na ramionach,a on głaskał je delikatnie i mruczał coś pod nosem. Szczury, syte, zasypiały, stając się łatwym łupem. Kiedy je już unicestwił, zawiązywał je na sznurku, zarzucał cały ten majdan na koślawe plecy i wędrował z nimi nad Tanew, gdzie je zostawiał lisom lub jenotom.

Kiedyś wydarzyła się tu tragedia, której dotąd nikt nie zdołał wyjaśnić. Znaleziono mianowicie Szczurołapa martwego: miał przegryzione gardło. Ludzie mówili, że zasnął przy karmieniu szczurów, a te wyczuły od niego szczurzy zapach i zemściły się za swoich pobratymców, których oswajał by je zabić.

Od tego czasu raz na jakiś czas, zwykle późną jesienną porą, kiedy Upiorna Uliczka zamiera na dobre, pojawia się tu Latarnik, ten sam który zmarł tu w pożarze swojej chałupy. W małych okienkach domostw jeden po drugim zapala się jasne światło i uliczka ożywa wtedy, jest pełna gwaru, wesołych ochoczych śmiechów, zupełnie tak jak było to ponad sto lat temu, kiedy przezywała swą młodość. Trwa to raptem kilkanaście minut, po czym światło gaśnie powoli,z umiarem, zamierają radosne głosy i śpiewy, a potem wszystko wraca do normy.

Co najmniej kilkanaście osób z tych strona było świadkami dziwnego, osobliwego zjawiska, niektórzy przysięgliby, że widzieli też Latarnika, jak wychodzi przed swój domek, żeby sprawdzić po niebie, jaka ich tu czeka pogoda przez najbliższe dni. Potem znika w czeluściach swojego jeszcze nie spalonego domu i chodzi po tutejszych domostwach, zapalając wesołe światła.

Kiedy już zmęczy go ta robota, wraca do siebie, ale rankiem widać w miejscu, gdzie kiedyś mieszkał jedynie marne resztki po dawno spalonej chałupie Latarnika…

Zygmunt Szych

Czytaj dalej

Opowieści niesamowite

Opowieści niesamowite. Człowiek, który młodniał

Opublikowane

on

Dodane przez

Nie wiadomo, jak skończyłaby się ta niezwykła historia, gdyby nie pewien tragiczny przypadek jaki rzecz całą obrócił w nicość.

Pobrali się, kiedy oboje mieli nieco ponad dwadzieścia lat. Małżeństwo, choć bezdzietne, dotrwało szczęśliwie do pięćdziesiątki, kiedy u C. zaczęły pojawiać się, niemal z tygodnia na tydzień, zadziwiające zmiany. On sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ale jego małżonce nie uszły one uwadze.

– Ufarbowałeś sobie na czarno włosy?- nie mogła się nadziwić pani G., przyzwyczajona do tego, że jej mąż miał od pewnego czasu włosy lekko już przyprószone siwizną.

– Skądże znowu- zaprotestował C. żywiołowo- przecież wiesz, że nie używam żadnych takich… To takie niemęskie.

A jednak, kiedy przyjrzał się sobie w lustrze, zauważył, że sugestia żony była jak najbardziej na miejscu. Lekka siwizna zniknęła,w jej miejsce pojawiły się kruczoczarne włosy, jakie nosił w młodości…

Nie był to jedyny, choć może najbardziej rzucający się w oczy przejaw dziwnego zjawiska, które dotknęło C.

Pewnego ranka, przy goleniu sam zauważył, że zniknęły mu zmarszczki na czole i twarzy. Po kolejnych kilku miesiącach odkrył, że nie ma już, jak do niedawna, worków pod oczami. Jego oczy zaś, określane jako piwne, nabrały zdecydowanego blasku, choć normalnie,w wieku niemal pięćdziesięciu lat, bo tyle miał według metryki, nie jaśniały wcześniej jak za młodych lat, kiedy brał ślub.

Tymczasem jego małżonka starzała się powoli, choć z godnością. Nie lamentowała z powodu napierającej siwizny, zmarszczki próbowała maskować kosmetykami, wieczorami, zamiast praktykowanych wcześniej spacerów, wolała teraz zasiadać w bujanym fotelu i oddawać się lekturze swoich ulubionych dziewiętnastowiecznych francuskich powieściopisarzy. Z podziwem, ale i pewnego rodzaju niepokojem konstatowała, że mąż bez trudu wbiega jak chłopiec na trzecie piętro bloku w którym mieszkali. Do niedawna sapał i robił sobie krótkie przystanki na każdym z mijanych pieter.

Minął jakiś czas od kiedy pani G. zauważyła u męża „zmiany na lepsze”, jak je w przypływie dobrego humoru, jakiego, co tu ukrywać doświadczała coraz rzadziej, nazywała. Niemal z każdym miesiącem zauważała, że mąż pięknieje podczas gdy na jej obliczu malowała się łagodna co prawda, ale i nieubłagana starość.

„No cóż, tłumaczyła sobie, mam przecież teraz prawie sześćdziesiąt lat. Inne w moim wieku wyglądają zdecydowanie gorzej”.

Ale zmiany zachodzące w fizjonomii i zachowaniu męża nie dawały jej spokoju. Popołudniami coraz częściej wychodził z domu, żeby pograć w piłkę z dwudziestolatkami, nad którymi wyraźnie dominował fizyczną tężyzną i wytrzymałością. Kupił sobie motocykl, używanego harleya davidsona, modnego i upragnionego przez swoich dwudziestoletnich kolegów, których mu przybywało. Rówieśników, jak on podchodzących pod sześćdziesiątkę, dziwnie zaczął unikać, co nie uszło ich uwadze. Szalał na tym motocyklu jak młodzieniec, którym powoduje brawura i brak rozwagi.

Jego żona coraz częściej sięgała po robótki ręczne wieczorami. Chciała mężowi sprawić sweter na jego sześćdziesiąte urodziny, ale ten niespodzianie ją wyśmiał.

-Wełniany sweter? Ależ ja się dobrze czuję ot, tak, na luzie. Swetry dobre dla starych ludzi…

Dotknęło ją to nie tylko z tego powodu, że wyśmiał jej prezent, ale i z powodu tej uwagi o starych ludziach. Przecież… powinien być jak i ona starszym człowiekiem.

Ale nie był. Wyglądał teraz na dwudziestolatka, tego samego chłopaka, którego G. poślubiła przed laty. Gibki,wysportowany, z falą kruczoczarnych włosów nad czołem i łobuzerskim spojrzeniem, kiedy dosiadał swojego harleya.

Sytuacja stawała się dla G. nie do zniesienia, zwłaszcza od kiedy lekarz, z powodu trapiących ją zawrotów głowy zalecił jej chodzenie o lasce. Jej mąż nadal grywał na podwórku w piłkę z chłopakami z podwórka i szalał na motorze.

Różnili się od siebie fizycznie i psychicznie tak bardzo, a stan ten pogłębiał się jeszcze z miesiąca na miesiąc, że w końcu G. zdobyła się na desperacką decyzję.

– Posłuchaj- postanowiła nie owijać w bawełnę. -Tak dłużej być nie może. Przemyślałam sobie wszystko. Coraz bardziej różnimy się od siebie. Znajomi zwracają mi coraz częściej na to uwagę. A i ja sama widzę i czuję, że dzieli nas przepaść. Uważam, że… że powinniśmy się rozstać.

Sądziła, miała nadzieję, że mąż zbagatelizuje tę jej decyzję. Wyśmieje. Ale nic takiego nie nastąpiło.

– Skoro tak uważasz- powiedział cicho, choć wyczuła w jego głosie pewną nutkę bezczelności.

Nie doszło jednak do rozwodu. Pewnego dnia C. wsiadł na swój motocykl i zabawiał się szaloną jazdą, próbując slalomu między tirami, jadącymi w długiej kolumnie po autostradzie.

Zgubiła go brawura, typowa dla młodych ludzi. Nie przeżył upadku, dostając się pod koła jednej z ciężarówek.

Pani G. owdowiała. Żegnała męża, który wyglądał na dwadzieścia kilka lat, choć byli przecież równolatkami…

Zygmunt Szych

Czytaj dalej

Polub nas na FB

Advertisement

Popularne