Opowieści niesamowite. Koniec zabawy w Starej Karczmie

Do północy było jeszcze daleko, kiedy K. znalazł się wreszcie granicach Jodłówki Tuchowskiej. Do przebycia miał jeszcze kilka kilometrów, kiedy nagle dopadł go zmierzch.

Pomyślał, że może nie był to dobry pomysł, by wędrować pieszo teraz, późną jesienią po tej opustoszałej okolicy. Za kilka godzin, na drugim krańcu wsi miało się rozpocząć andrzejkowe przyjęcie w domu przyjaciół. Ale K. gwałtownie opadł z sił i rozglądał się za jakimś miejscem gdzie mógłby odpocząć chwilę. Pamiętał, że po lewej, przy niewielkim kamienistym wzniesieniu znajdowała się kapliczka z ławą do siedzenia pośrodku. Ale nie mógł tu trafić, a późny wieczór stawał się coraz bardziej mroczny i ziąb dotkliwie dawał się mu we znaki.

Wlokąc się noga za nogą dotarł do położonej tuż przy drodze Starej Karczmy. Okazały, drewniany budynek niegdyś tętnił życiem, zwłaszcza w dni kiedy w okolicy odbywały się jarmarki i chłopi z nich powracający przybywali tu by napoić zdrożone konie ,posilić się golonką i pokrzepić gorzałką.

K. znał dobrze dzieje tej dawnej austerii, sam przecież był autorem popularno-naukowej publikacji na jej temat, za którą otrzymał nawet główną nagrodę od Towarzystwa Historycznego.

Wpadła mu do głowy szalona myśl: a gdyby tak zajrzeć tu w ten listopadowy wieczór i odpocząć? Jeśli są tam jacyś ludzie, przecież nie wyrzucą podróżnego, szukającego odpoczynku i strawy?

Stara Karczma położona była ledwie kilkanaście metrów od drogi. Zapukał do wielkich wrót.

Ze środka dobiegł go jakiś dziwny gwar, który jednak umilkł zaraz po jego stukaniu. Usłyszał kroki, ktoś niósł lampę naftową wysoko nad głową. Wydało mu się, że jakiś człowiek przygląda mu się badawczo przez szparę w drzwiach.

„Niechże otwiera do licha, na co czeka?”- K. czuł coraz mocniej znużenie i wyobrażał sobie jak za chwilę usiądzie w środku, w cieple- w austerii niegdyś było wielkie palenisko, coś w rodzaju kominka, przy którym grzali się wędrowcy- i dostanie coś gorącego do jedzenia. Najlepiej tłustą, gotowaną golonkę, z której niegdyś słynęło to miejsce.

Ale nikt nie otwierał, więc postanowił sam spróbować. Drzwi z niemiłosiernym skrzypieniem otwarły się na wpół i K. wszedł do środka.

Nie zastał tu nikogo, choć przysiągłby, że słyszał ten zamierający nagle gwar i widział tego człowieka z latarnią.

Rozejrzał się po wnętrzu. Wszystko jak dawniej, jak w czasach, które opisywał w swojej pracy. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, rozpoznał wielki, drewniany stół, ławę opartą o ścianę, kilka zydli. Nad paleniskiem wisiał żeliwny kociołek, w którym gotowano soczyste, mięsne gulasze dla podróżnych.

Przy kuchni kręcił się ktoś, mrucząc pod nosem i kuśtykając drewnianą nogą o podłogę. Na palenisku dogasał ogień i zrobiło mu się przyjemnie ciepło. Chciał przywołać tego kulejącego, który zapewne próbował otworzyć mu drzwi, ale z jakichś przyczyn nie zdołał. Tamten jednak nie reagował. Wycierał beznamiętnie blat baru.

K. rozłożył się na ławie, pod głowę podłożył swój stary, parciany plecak. Leżąc tak i rozmyślając dostrzegł ze zdumieniem, że u powały, na grubej żerdzi siedzi wielki ptak .Trzyma w szponach upolowanego szczura, rozrywa go na kawałki solidnymi uderzeniami dzioba i posila się.

„Ależ to przecież puchacz ze Starej Karczmy!- niemal wykrzyknął, przypominając sobie zarazem fragment swojej publikacji. ”Czyli wszystko tu po staremu”.

Był pewien, że z sąsiedniego pomieszczenia dobiega go gwar głośnej rozmowy, słyszał jak ktoś siarczyście strzelił z bata, czemu towarzyszyły głośne śmiechy. Poczuł się swojsko i pewnie w takim otoczeniu. Osunął się w sen.

Obudził go dotkliwy ziąb. Zachrzęściła słoma pod plecami: teraz dopiero przekonał się, że spał nie na ławie, lecz snopku słomy. Poznikały gdzieś drewniane zydle, ława i stół. Nie było też paleniska w cieple którego zasypiał.

„Zamykamy, na dziś zamykamy”- usłyszał chrzęst klucza we wrotach i, jeszcze na wpół senny, dostrzegł sylwetkę kulawca, zamykającego drzwi. Zawołał coś do niego, zdumiony że tamten mu nie odpowiada tylko pospiesznie wychodzi.

Ziąb nie pozwalał mu na długie wylegiwanie się. Wstał, pozbierał rzeczy, rzucił okiem na powałę, gdzie ciągle siedział puchacz i dojadał kolejnego już chyba szczura.

Wyszedł na zewnątrz. Był jasny dzień i dopadła go zamieć śnieżna kiedy znowu znalazł się na drodze w kierunku Olszyn. Dwie godziny solidnego marszu i znalazł się u przyjaciół. Wstawali dopiero po andrzejkowej zabawie i robili mu wyrzuty, że nie przyszedł na czas.

Wysłuchali go cierpliwie, kiedy opowiedział o swojej przygodzie.

„Starej Karczmy nie ma już od dawna, nie wiedziałeś o tym?”- skwitowali jego dziwaczną opowieść.

Zygmunt Szych

Dodał /

Napisz komentarz

Your email address will not be published.

Start typing and press Enter to search