Opowieści niesamowite. W biały dzień, w tłumie, tuż przed południem

8 minut czytania

Niedowiarków przybywa zawsze wtedy, kiedy ta historia opowiadana jest przez świadków w coraz to nowym gronie. Każdy kto jej wysłucha chciałby chwile grozy przeżyć bodaj raz na własnej skórze. Udaje się to nielicznym.

– Ten człowiek nie miał imienia ani nazwiska. Wołano za nim Gieju- Śtup i to dziwaczne określenie miało podkreślać dwie jego ułomności- kłopoty z wymową i utykanie na nogę. Ta druga przyczyniła się do jego śmierci…

Pani Pilarczykowa mieszka na tym osiedlu od samego początku, od lat pięćdziesiątych minionego wieku. Pamięta jak się tu ludzie wprowadzali: przyjeżdżali wynajętymi furmankami z lichym sprzętem. Jakieś drewniane łóżka, sienniki na słomę, stare, pożółkłe lustra w drewnianych , naruszonych przez korniki ramach. Tu, w kwadracie dwadzieścia metrów na dwadzieścia, ograniczonym czterema dwupiętrowymi blokami z cegły i szarym tynkiem mieli zamieszkać do końca.

Był wśród Gieju Śtup. Gieju od Eugeniusz, bo tak, używając niezdarnego języka, przedstawiał się ludziom. Tyle jedynie udało się ustalić sąsiadom co do jego tożsamości.

Mimo ułomności był wyjątkowo silnym człowiekiem. I do tego stopnia uczciwym, że powierzano mu szczególne zajęcie: przed laty, już po ukończeniu budowy osiedla, przemierzał główną ulicę miasta z trzymanymi pod pachą dziwacznymi „skarbonkami”. Były to obramowane metalową klamrą uszyte z parcianego materiału, takiego samego jak mocne, wojskowe plecaki- torby na codzienny utarg z miejscowych sklepów.

Gieju szedł z tym utargiem główną ulica miasta i wrzucał to do osobliwej kasy, wmurowanej w kamienicę gdzie mieścił się bank. Nie zdarzyło się, by kiedykolwiek połakomił się na niemałe przecież pieniądze. Nikt też nie odważył się napaść na niego i spróbować odebrać mu niezwykły towar.

Z tych dwóch powodów Gieju był uważany za osobistość i szanowany. Tylko najmłodsi mieli uciechę, wołając za nim: ”Gieju- Śtup, śtup, śtup…”. Przeganiał ich czasami. Tak tylko, żeby sprawić urwisom uciechę.

Ostatni raz w jego życiu widziano go w dniu Wszystkich Świętych. Stał przy cmentarnej bramie i patrzył niesamowitym, błagalnym wzrokiem na obojętnie mijających go ludzi.

– To było niesamowite. Przystanęliśmy na chwilę- pani Antonkiewiczowa widywała niegdyś Śtupa codziennie, kiedy szedł z utargiem , bo mieszkała niegdyś w kamienicy przy banku, na tej głównej ulicy.

– Niesamowite to było, jakby wypatrywał znajomych i chciał im coś powiedzieć…

A ci, którzy go mijali , idąc ze zniczami i kwiatami na groby najbliższych, to byli sami znajomi. Gieju Śtup był przecież znany tu wszystkim, choć miasto duże, prawe sto tysięcy mieszkańców wtedy.

Tragedię sprzed lat każdy pamięta . Zawaliło się podziemne przejście pod linią tramwajową, kilka osób zostało rannych. I, na szczęście, tylko jedna ofiara śmiertelna.

Był nią Gieju. Podobno, z powodu kalectwa, nie zdołał w porę uciec na powierzchnię, stratowali go ludzie i został w podziemnych przejściu. Pomoc przyszła za późno.

Tłum ludzi na Trzeciego Maja, reprezentacyjnej ulicy. Nazywa się tak od przedwojnia i zdobią ją secesyjne, przedwojennej kamienice. W jednej z nich mieścił się tamten bank.

Dochodzi południe. W tłumie pojawia się znienacka dziwny człowiek. Utyka wyraźnie na prawą nogę. Pod pachą trzyma jakieś torby z zielonego materiału.

Znajoma twarz, ale nikt z obecnych nie zwraca na niego uwagi.

– To właśnie on, Gieju. Widziałam go tylko raz. Ja i kilka innych jeszcze osób w tym tłumie. Chcieliśmy o nim powiedzieć innym, ale ludzie szli jak w transie. Nie zwracali na nic ani na nikogo uwagi, choć przecież nam Gieju rzucał się w oczy wyraźnie, był taki inny od pozostałych, jak nie z tego świata, trudno g było nie dostrzec- pani Kłodowa do dziś przeżywa tamto zdarzenie.

– Patrzyliśmy na ten tłum, ja, mój mąż i dwie nasze sąsiadki z osiedla. Cóż było robić? Krzyczeć, że Gieju tu jest, idzie razem z nami, choć go nie ma od lat?

Zauważyła, że niektórzy w tym tłumie są wyraźnie podenerwowani. Bez jakiegoś powodu, bo reszta szła normalnie, w milczeniu.

– A ci tu poruszali się tak, jakby chcieli stąd jak najprędzej odejść. Jakby bali się tego tłumu. Tak spieszą się ludzie na pociąg, który za kilka chwil ma odjechać.

Gieju Śtup zjawia się w tłumie tylko raz , zawsze w biały dzień, tuż przed południem, co roku tego samego dnia, ósmego września. To wtedy, tego dnia i o tej porze zawalił się strop podziemnego przejścia, prowadzącego na tutejszy dworzec PKP.

I każdego roku ósmego września widzi go zaledwie garstka ludzi, choć przybywa ciekawskich, którzy przylepiają się do tłumu, by na własnej skórze przeżyć spotkanie ze zjawą popularnego tu niegdyś człowieka.

Daremnie.

Zygmunt Szych, fot. ilustracyjne Artur Gawle

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.