Ze Starej Szafy. Egzystencjalna wątpliwość piekarza. Bielawski opowiada, Szych spisuje

– Zauważyłem, że mówiąc o tarnowskim rzemiośle używasz czasu przeszłego…

– Niestety. Oczywiście, rzemiosło istnieje tu nadal. Ale już nie to samo i nie takie samo. Jak wszędzie, także i w tej branży wiele się zmieniło. Na gorsze. Także- w sferze obyczajowej. Dlatego mówię, że Tarnów słynął- świadomie używam czasu przeszłego- z rzemiosła. A rzemieślnicy mieli swoje utarte szlaki, miejsca gdzie się spotykali. Takim codziennym miejscem była restauracja „Polonia” przy Wałowej. Dziś po niej ani śladu, za to-znak czasów- kolejny, który to już?- bank. Tam przychodzili rzemieślnicy „na sznapsa”. Przede wszystkim piekarze. Siedzieli i rozprawiali o świecie. A najwięcej chyba Wenc z Żydowskiej, bardzo zacny piekarz. Korciło go egzystencjalne pytanie dotyczące początków Wszechświata. I tego zwłaszcza, co będzie potem, po śmierci – z nim i z innymi piekarzami. Zastałem go kiedyś samego przy piecu piekarniczym.

– Sam tu jestem, jak ten palec – poskarżył mi się.

– No, nie taki znowu sam, bo z flaszeczką, jak widzę.

– Aaa- powiada przymilnie – to tak tylko. Dla rozweselenia. No, ale już po robocie, chodźmy teraz do „Polonii”, pogadamy sobie trochę o życiu.

Tak właśnie było w „Polonii”. Tu ton nadawali rzemieślnicy, jak, nie przymierzając, warszawscy literaci w sławnych tamtejszych kawiarniach, jak dziennikarze w krakowskim Klubie „Pod Gruszką”. Sznaps i pogawędki były w Polonii, a w Bristolu śmietanka tarnowskiego rzemiosła spotykała się w godzinach popołudniowych na rodzinnych obiadach. Rodzinne obiady… Ten obyczaj , lansowany w Tarnowie przez tutejszych rzemieślników właśnie, zwłaszcza przez ród piekarski Winiarskich, dawno zanikł. I chyba, niestety, nie wróci. A żal, bo bardzo sympatyczne, dostojne bywały to spotkania…

– Szare czasy. Nieciekawe. ludzie wbrew temu mieli swoje zakamarki.

– Ludzie w tych szarych czasach mieli fantazję. Rzemieślnik to nie był jakiś tępak, heblujący deski. Znali fach i chociaż mówili ciągle „majzel” zamiast dzisiejszego przecinaka, umieli swą wiedzę praktyczną przekazać innym. I potrafili się bawić.

– Bywali tu, w tej Polonii, także „kryształowcy”, właściciele małych zakładów produkcji szkła, użytkowego i ozdobnego, potem też drogich kryształów. Ustalali tu zasady gry, żeby nie wchodzić sobie w paradę. A było o czym mówić, bo w najlepszych dla nich latach 60-tych było w Tarnowie coś ponad czterdzieści takich małych hut szkła. „Na tańce” chodziło się wyłącznie do „Bristolu”, gdzie bywało w soboty „lepsze towarzystwo”. A w niedziele, po sumie w katedrze, rzemieślnicy chadzali do „Tatrzańskiej”. To już nie był codzienny sznaps. Tu szło się „na koniak i kawusię”. Mieli swoje stoliki. Gdzieś obok siadywali adwokaci, osobno- lekarze. Bywał tu Marian Biedroński, znakomity kowal artystyczny, który wykonywał detale do odbudowywanego Zamku Królewskiego w Warszawie. Dwaj bracia Dagnanowie, ci od młynów. Zacna, spolszczona od wieków rodzina. Ich przodek, Francuz, wracając spod Moskwy z Napoleonem w 1812 zatrzymał się w Tarnowie, i tu osiadł na stałe. Byli specjalistami od ryflowania wałów. Któż dziś wie, o co chodzi? W maszynach do mielenia mąki robili z zadziwiającą precyzją specjalne wkręty, regulujące grubość mielonej mąki. No i bywali Zagatowie, ci od naprawy wag i hydrauliki. Z piekarzy Piotr Winiarski, Zbigniew Błaszkiewicz. Elita w tym fachu. Woszczynowie od elektroinstalacji. Irena Woszczynowa słynęła z tego, że jeździła do Paryża na konkursy fryzjerskie, co w tamtych czasach było wydarzeniem, mocno w mieście komentowanym. Trzeba było mieć nielichą protekcję, żeby dostać się do jej zakładu fryzjerskiego do przyuczenia fachu. No i jeszcze Gajewscy, Spartyńscy- pierwsi w Polsce producenci pasów bezpieczeństwa do samochodów i producenci form odlewowych dla czekolad Wedla. Trzej bracia Fistkowie z hut szkła. Cybruch z tej samej branży.

– Co takiego musiało się stać, że ten sympatyczny obyczaj kawiarnianych stolików, spotkań przy nich, niekończących się dyskusji- zamarł, zniknął zupełnie?

– W Tarnowie mógłbym wskazać pewne zdarzenie, które miało rangę symbolu. To od niego datuje się gwałtowna zmiana obyczajów, o których tu wspomniałem. Otóż pewnego razu przy jednym z takich stolików pewien rzemieślnik, dla szpanu, skręcił „pięćsetkę”- to były wtedy duże pieniądze- i zapalił od niej papierosa. Wieść o incydencie, bardzo przecież ekstrawaganckim, szybko rozeszła się po mieście. I trafiła do komitetu partii, (PZPR-Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej- przyp. Z. Sz.) gdzie wywołała coś w rodzaju zgorszenia, choć towarzyszom zwyczaj „gorszenia się” był raczej obcy. To jednak rodzaj wyższego uczucia, im akurat kompletnie nieznany. Ale potraktowali to, jako manifestację finansowej niezależności i dobrobytu w rzemiośle. No i postanowili to przykrócić.

– Udało im się?

– Myślę, że, niestety, tak. Zaczęło się coś, co można nazwać ”gnojeniem” rzemiosła tarnowskiego.

– Jak to przebiegało?

– Wytworzyła się pewna nieformalna struktura, na wzór mafijnej. Potworzyły się jakieś dziwne koligacje towarzysko- zawodowe. W ich skład wchodzili towarzysze z PZPR, milicjanci z PG ( przestępstwa gospodarcze- przyp. Z. Sz.), Izby Skarbowej. Naloty, kontrole, domiary, czyli dodatkowe dopisy do podatku dochodowego. Po jakimś czasie to łajdackie towarzystwo do tego stopnia zbiesiło się, że w pewnych przypadkach od tych działań odstępowało…

– ?

– Trzeba było mieć „dojścia” do tych ludzi, żeby nie być gnębionym. Albo dzielić się z nimi forsą. Podarunkami, bo na przykład ręcznie rżnięty kryształowy wazon cieszył się niezwykłym wzięciem, postawiony dla szpanu na nigdy nie używanym, ale też dla szpanu zakupionym, fortepianie. Chodziło o sumy bardzo wysokie. Byli tacy, którzy szli na ten układ, byle mieć święty spokój. A opornych czekał zły los. Ci, którzy nie chcieli się dzielić, albo nie mieli dojść lub je ignorowali, wsadzano do ciupy. Niejednego rzemieślnika spotkał taki los… Robiliśmy, co się dało, żeby ich z więzienia, niezasłużonego przecież!- wyciągać. Udawało się, bo używaliśmy argumentów nie do odparcia: że ci ludzie, należeli do nich, min. piekarze, są dla rynku niezbędni. Płacili przecież wysokie podatki, rósł od tego budżet państwa. Często skutkowało. Ale beztroskie, mające swój klimat spotkania ”przy koniaczku i kawusi” urwały się. Jak dotąd- bezpowrotnie.

– Dalszy ciąg był dość niespodziewany?

– Najzupełniej. Często zadawałem uczniom pytanie: co mówi szewc z samego rana do swojego syna? Padały rozmaite odpowiedzi: żeby był honorowy, podtrzymywał tradycje itp. Banały. Mówiłem im: taki szewc mówi do syna: „ucz się, żebyś nie musiał harować jak ja”. No i nastał pęd do studiów wyższych. Dziś wielu adwokatów zwłaszcza, lekarzy, ma rzemieślnicze korzenie. Wielu synów rzemieślników, po studiach politechnicznych, trafiło do dużych fabryk. Z dyplomami magistrów inżynierów. Później jednak nastąpiła kolejna faza. Zrozumieli, że to nie to. Pochowali dyplomy głęboko w szufladach i… wrócili do rzemiosła, do swoich korzeni. Trudno im się dziwić: zarabiali w tych państwowych przedsiębiorstwach, jako magistrowie inżynierowie tyle, co ich ojcowie w ciągu dwóch dni!

Dodał /

Napisz komentarz

Your email address will not be published.

Start typing and press Enter to search