Ze Starej Szafy. Knajpa Pod Byczym Jajem. Bielawski opowiada, Szych spisuje

– A więc powiadasz, że nie dość, że odważyłeś się jeść coś takiego, to jeszcze zajadałeś się tą niecodzienną potrawą?

– I ty to mówisz, który specjalizuje się w przyrządzaniu ślimaków i żabich udek w sosie indyjskim? Cóż w tym nadzwyczajnego? Bycze jądra, dobrze przyrządzone i odpowiednio doprawione to niezwykle smakowita potrawa. Swego czasu podawano ją smażoną w panierce albo duszoną- w jednym tylko miejscu. W Mościcach. Nazywaliśmy to miejsce knajpą Pod Byczym Jajem… To było wtedy, w latach 60-tych,kultowe miejsce. A kucharz potrafił z nich przyrządzić prawdziwe kulinarne cudo.

– Domyślam się, że danie było co prawda w karcie dań, ale chętnych nie za dużo?

– Było wprost przeciwnie. W dniach, kiedy była świeża dostawa byczych jąder trudno tu było znaleźć wolne miejsce. Przychodzili głównie inżynierowie z pobliskich Zakładów Azotowych. Dla tych wyższych rangą kucharz zawsze miał coś ekstra. Bycze jaja należały- dziś próżno by ich szukać, choć restauracji mnóstwo teraz w mieście- do podrobów, bez których dawna kuchnia polska nie mogła się obyć. Takich jak np. cynaderki czyli nerki cielęce, albo zupełnie już zapomniana grasica, czyli gruczoł cielęcy. Odpowiednio przyrządzona należała niegdyś do najbardziej poszukiwanych podrobów. A skoro jada się flaki wołowe, czyli krowi żołądek, albo policzki krowy- to czemuż nie spróbować byczych jąder?

– Próbowałeś dowiedzieć się, jak przyrządzane były te smakowitości, jak powiadasz, z byczych jąder?

– Oczywiście! Popularne były smażone w panierce. Ściągano z nich skórę, krajano w cienkie plasterki i panierowano jak schabowy. Były też bycze jądra duszone z kurkami.

– Knajpa Pod Byczym Jajem. Piękna nazwa .Przywodzi na myśl dawne gospody: ”Pod Złotym Kogutem”, ”Pod Białą Gęsią”…

– Bo też i miejsce było niezwykłe. Budynek z ciemnej cegły, stojący jakby na uboczu, niemal na peryferiach Mościc, ale przecież oblegany. Bo knajpa „Pod Byczym Jajem” nie była jedynym miejscem, które przyciągało klientelę. Tuż obok słynne, choć dawno zapomniane i już od lat nieczynne kino ”Azot”. Po uczcie z byczych jąder szło się na seans tuż obok. Ja szczególnie zapamiętałem radziecki film” O szóstej wieczorem po wojnie”. Waliły na niego tłumy, bilety kupowało się u „koników”, czyli osobników, którzy większą ich ilość kupowali wcześniej w kasie , a potem oferowali, znacznie droższe. Przy filmie ”O szóstej wieczorem” musieli się nieźle obłowić, bo wyświetlano go przez kilkanaście dni, zawsze przy pełnej widowni. Ja sam byłem na tym filmie pięciokrotnie. Głęboko poruszający wojenny obraz, z miłością w tle.

– Chodziłeś do kina czy na film?

– Ha, ha, ha! Widzę, że rozróżniasz bezbłędnie te dwa pojęcia. Do kina szło się z dziewczyną, żeby się nią zająć, kiedy na sali zapanował mrok. A na film, żeby go obejrzeć. Ta knajpa, kino i tuż obok fryzjer Skolarczyk, o którym tu już kiedyś opowiadałem. To były trzy kultowe miejsca w tym budynku. Dziś zapomniane miejsce które teraz mógłby z powodzeniem służyć jako plener dla filmów grozy. Opustoszały, z powybijanymi szybami. Zapomniany. Ale legenda pozostała…

Dodał /

Napisz komentarz

Your email address will not be published.

Start typing and press Enter to search