>
/

Obyczaje kulinarne. Zupa w spadku po Bratankach

4 minut czytania

Dawno temu, tuż po powstaniu województwa tarnowskiego w rezultacie zmian w podziale administracyjnym kraju, w bardzo istotny sposób, dziś już niestety zarzucony, przyjaźniliśmy się z Bratankami. W jednym ze sklepów przy Krakowskiej było stoisko węgierskie, gdzie można było kupić rozmaite pamiątki i rzeczy użyteczne m.in. w kuchni. Do dziś posiadam i używam raz na jakiś czas tak zwanych kokilek, podwieszanych na specjalnych wysięgnikach stalowych kociołków do zupy gulaszowej.

Pod spodem było miejsce na zapalenie paliwa turystycznego, dzięki czemu w trakcie ucztowania zupa była stale gorąca. Natomiast w restauracji hotelu Polonia, dziś już nie istniejącej ( jest tam teraz bank) serwowano dania kuchni węgierskiej. Pracowali tu kucharze, którzy przeszli specjalne przeszkolenie z tajników tej kuchni- na Węgrzech.

Niestety, dziś fascynujemy się głównie rozmaitymi dziwadłami kuchni azjatyckich- taka moda kulinarna nastała- i kuchnia węgierska zupełnie poszła w zapomnienie. A szkoda, bo jest niezmiernie ciekawa i różnorodna, choć gulasz pod rozmaitymi postaciami to jej sztandarowe danie.

Nadeszły jesienne chłody i zupa gulaszowa, ten szczególny spadek po Bratankach, byłaby w sam raz na taką aurę. Warto zatem zakrzątnąć się w kuchni i przypomnieć sobie smak tej rozgrzewającej zupy gulaszowej. Jej osobliwością są niewielkie kuleczki ciasta, bez których taka zupa nie może się obejść.

Najpierw podduszamy na oleju drobno pokrojoną wieprzowinę i wrzucamy do wrzątku. A potem kolejno posiekaną drobniutko cebulę, także podsmażoną na szklisty kolor, dodajemy całe ząbki czosnku, sproszkowaną czerwoną paprykę i drobno pokrojoną surową paprykę, choć może też być marynowana. Ziemniaczki w kostkę i krojone pomidory uzupełnią całość. A kiedy mięso zmięknie, dorzucamy te kuleczki z ciasta, które wykonujemy z mąki i jajek, wyrabiając z tego pulchną masę. Kiedy nieco stwardnieje, oklepywana w dłoniach, formujemy te kuleczki dodajemy do całości.

Oczywiście, nie obejdzie się bez dodatków: soli, pieprzu i kminku. A że z zupą gulaszową jest jak u nas z bigosem, czyli w każdym domu ma inny nieco smak- dodajemy, ja przynajmniej tak robię- listki świeżej bazylii. Kiedy zupa dochodzi- co poznamy po rozlewającym się wokół zapachu, nie od rzeczy będzie dolać do niej pół szklanki czerwonego wina, oczywiście wytrawnego. I najlepiej, żeby pochodziło ono z podtarnowskich winnic.

Zupa taka musi mieć odpowiednią gęstość, więc musimy uważać, by woda z niej nieco odparowała. No i niestraszne nam wtedy jesienne chłody. Nic dziwnego, że Węgrzy najrzadziej spośród narodów europejskich chorują na grypę sezonową, skoro pałaszują nader często w chłodne dni taki pikantny przysmak. Czego i nam życzę…

Zygmunt Szych

Fot. ilustracyjne pixabay.org

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

Poprzedni wpis

Tarnów: jeśli będzie taka potrzeba w Arenie Jaskółka powstanie szpital polowy

Następny wpis

Minister rodziny apeluje do seniorów o pozostawanie w domach