///

Jak Aneta i Artur na Chorwację motocyklami pojechali (miniprzewodnik, ceny, zdjęcia)

27 minut czytania

Decyzja zapadła niespodziewanie. Przyjaciele mieszkający w naszym mieście, których mamy okazję spotykać głównie na… festiwalach muzycznych na drugim końcu Polski, podesłali nam informację, że pod koniec lipca, na Półwyspie Istria odbędzie się festiwal muzyki soundsystemowej. Głodni doznań muzycznych, po skreśleniu ostatniej pozycji z listy festów w Polsce w 2020 r. z uwagi na pandemię, nie mięliśmy ani chwili zawahania. Jedziemy!

Pół roku przygotowań, kontra covidowa rzeczywistość

Każdej zimy, gdy nasze motocykle przechodzą gruntowne serwisy, mam taką przypadłość, że wyszukuję na mapach jak najbardziej powykręcane drogi, które chciałbym przejechać. Olśnienie przyszło, gdy odkryłem trasę na Mangart, poprowadzoną ponad 2000 m n.p.m.. w Triglawskim Parku Narodowym (Słowenia). Na początku marca wszystko mieliśmy zaplanowane, nie przewidzieliśmy tylko pandemii…

Trzy miesiące później Słowenia jako jedna z pierwszych ogłosiła, że jest już gotowa na turystów i „opanowała” epidemię. Sytuacja równie szybko uległa zmianie i gdy inne europejskie kraje „odmroziły” turystykę, nasz kraj docelowy (Słowenia) zamknął się na 4 spusty, dopuszczając jedynie tranzyt.

Dobra! Polska też jest piękna, a nie znamy jeszcze ściany wschodniej. Znów rysowanie tras na mapie, planowanie noclegów (wielki ukłon dla www.grupabiwakowa.pl) i tak zostało dwa tygodnie do wyjazdu, kiedy jak z nieba spadła na nas wieść o odważnym pomyśle Chorwatów.

Motocykliści mają specyficzne pojęcie komfortu.

Dla niektórych to odrębna społeczność, inni widzą nas niemalże jako subkulturę. A dla nas „motocyklizm” to wolność oparta na samowystarczalności, indywidualiźmie i zmaganiu się trudnościami czyhającymi zewsząd.

Jadąc w trasę czasem trafi się deszcz, czasem wiatr, czasem burza, a czasem niemiłosierny upał. Podstawowym sposobem na spędzanie nocy, jest biwak w naszym wysłużonym namiocie. W tej wyprawie, ulegliśmy jednak „podwyższonym standardom” wynajmując apartament w Tučepi .

Dwa czynniki skłoniły nas do tej decyzji: ekonomiczny i logistyczny. Okazało się bowiem, że w okolicach naszego głównego celu (Sveti Jure) nie ma kempingów. Najbliższe były na tyle daleko i o wiele droższe niż nocleg w apartamencie 55 m2 z widokiem na morze…

Nie myślcie jednak, że przebywaliśmy cały czas w „luksusach”. Przez większość wyprawy sypialiśmy gdzie popadnie. Słowacja i Węgry dopuszczają możliwość biwakowania „na dziko”. Inaczej ma się to w turystycznej Chorwacji, ale i tu zdarzają się wyjątki.

   

„Escape the City”

Po tym wstępie zaczynamy wyprawę. Trasę rozpoczęliśmy w Tarnowie we wtorkowe popołudnie docierając wieczorem w okolice miejscowości Rudabánya (Węgry), gdzie zachodzące nad morzem słoneczników słońce zasugerowało nam wyszukanie miejscówki na odpoczynek.

 

Następny dzień okazał się znacznie trudniejszym, ponieważ przemierzając mocno nasłonecznione, płaskie Węgry, przekroczyliśmy granicę Letenye – Gorican i około sto kilometrów dalej, w stolicy Republiki Chorwacji, zastała nas burza. Nie zawsze rozsądek wygrywa ze zmęczeniem, postanowiliśmy jej „uciec”, na szczęście bezpiecznie i po kilkunastu kilometrach obsychaliśmy w promieniach zachodzącego słońca.

Szczęśliwe dotarliśmy do kempingu „Robinzonski”. Wspaniały kemping 🙂 Bez prądu i wygód, ale za to genialnie ulokowany nad rzeką Mrežnica. Położenie doceniliśmy następnym rankiem po wielogodzinnej regeneracji, okraszonej szumem małego progu rzecznego. Ależ tu pięknie… I nie ma komarów.

No cóż, po dwóch dniach czas na kąpiel. Do dyspozycji jedynie Mrežnica. Ale, ale… ta woda jest przeźroczysta, pachnie świeżością i o 7:30 jest cieplejsza niż ta, którą w domu leję z prysznica. Wchodzę!

         

I znów niespodzianka. Myślałem, że zanurzę się powoli, ale jej złudna przejrzystość zatopiła mnie po szyję. Leniwe śniadanie, kawa i pakowanie. Ruszamy na Istrię! Na początek wąskie kręte dróżki, pnące się ku górze, mnóstwo uspakajającej zieleni i świeżego powietrza. Gdy mimo przypływu dnia poczuliśmy chłód, ukazał się znak zapowiadający przełęcz Veliki Vodenjak (847 m n.p.m.).

Wtedy po raz pierwszy brakło oddechu od piękna panoramy, która nam się ukazała. Mijając Lokve powoli krajobraz zaczął się zmieniać. Bujna zieleń przegrywała z białą skałą, co raz wyżej pnącą się ku niebu. Powietrze wyschło, raz po raz zanosząc się słonym zapachem, morskim.

         

Jest i on, Adriatyk!

Dojechaliśmy do miejscowości Rijeka, gdzie po tankowaniu znów zaczęło padać, ale tu już nie uciekaliśmy… Temperatura była na tyle wysoka, że pierwszy raz, jadąc motocyklem poczułem ulgę podczas deszczu. Gdy zbliżaliśmy się do celu, a chmury odeszły daleko odsłaniając palące słońce zaczęło nam brakować powietrza… Na stacji benzynowej wypiliśmy po butelce wody(1,5l) na głowę i musieliśmy zdjąć bezpieczną odzież motocyklową, na rzecz jeansowych katan (mimo wszystko to jakaś ochrona).

Dotarliśmy do miejscowości Barbariga, gdzie czekali na nas już nasi przyjaciele wcześniej wspomniani. Warto było zerknąć na ich twarze i pełne zdziwienie, bo zazwyczaj pusta wioska tętniła w tym dniu życiem. Wystarczyło spojrzeć na rejestracje. Słowenia otworzyła granice, a że do Istrii mają zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, Słoweńcy ruszyli tłumnie nad Adriatyk. Nasz festiwal odbywał się na północ od plaży miejskiej, tuż za plażą… naturystów. Rozbijając namiot (na dziko-to wyjątek w Chorwacji) dotarło do mnie, że najpiękniejsze widoki w życiu można mieć za darmo. Mięliśmy wszystko, widok na morze, kamienny mur, 100 m plaża do festiwalu, a za dnia spokój, którym cechują się plaże naturystów… (niestety autorzy tekstu nie dostarczyli odpowiednich zdjęć z tej części podróży 🙁 )

Sam festiwal był dla nas ciekawostką, chcieliśmy się przekonać jak się bawią Chorwaci. W sumie wszytko jakby u nas, no może poza drobnymi różnicami, że piwo rzemieślnicze wszędzie dostępne 🙂 Wysokoprocentowy alkohol ? Proszę bardzo. (Rakija), a mimo to nikt się nie zataczał i nie robił brzydkich scen.

               

               

Prawdziwy Chorwat!

Anton, który prosił by nazywać go „Anti”, to człowiek w poważnym wieku, który zdarł niejedną oponę motocyklową. Natknął się na naszą „hacjendę” przechodząc plażą i po prostu zagadał. Jakie to było dla nas szczęście! Ulegając propozycjom innych motocyklistów, wyznaczyłem trasę w kierunku Dalmacji wzdłuż wybrzeża.

Nie! Nie!. Nie bądźcie głupi, to nudne jedźcie tędy! Zabrał nam mapę i wskazał trasę przez góry. Wspaniałą, pozwalającą dokładnie odczuć, kiedy wjechaliśmy na Bałkany. Naszą naczelną zasadą podróży motocyklowych jest za wszelką cenę unikanie autostrad i dróg szybkiego ruchu. Skoro decydujemy się na zwiedzanie świata z siodła, dobrze jest pojechać „bokiem” żeby więcej zobaczyć.

Wyjątkiem były Węgry, które dl nas miały charakter tranzytowo-noclegowy). W pewnym momencie z szaro – suchych gór, jakże typowych dla tego regionu – zaczęły się pojawiać co raz to bielsze szczyty.

Anetko. To Dalmacja! Z początku spokojna, zielono – biała, mało zabudowana, nagle ukazała swoje piękno, także architektoniczne… Nie wiedzieliśmy czy jechać dalej, czy zostać tam i zwariować ze szczęścia pod urokiem tego miejsca. Gps pokazywał ok 70 km do celu, a morza jak nie widać, tak nie ma. Ostry zakręt po wysoko pnącej się drodze i nagle Ona. Makarska!

                       

                       

Riviera! Zjazd do drogi oplatającej wybrzeże i już wiedziałem, co miał na myśli Anti… Spory ruch, z jednej strony woda, z drugiej góry. Makarska Riviera. Tučepi  to miasteczko na południe od Makarskiej, z którego poprowadzono ścieżki wzdłuż klifów. Polecam jednak tą wąską, nieoznaczoną, ciut niebezpieczniejszą i o niebo piękniejszą.

Tu można było zaglądać na szczyty klifów. Oczywiście także wydłużając spacer do Makarskiej, który miał zaowocować jedynym miejskim plenerem podczas podróży. Miał, ale przecież my kochamy naturę. Makarska, poza dwoma starymi uliczkami, jest zwykłym kurortem zabudowanym drogimi hotelami i apartamentowcami. Nic nas tu nie trzyma, szybki radler w cieniu i wracamy na Rivierę.

Spacer po Rivierze w największy upał ma to do siebie, że co jakiś czas można schłodzić ciało w  Adriatyku. Jak to celnie zauważył nasz przyjaciel Piotrek, „tu wszytko walczy o przetrwanie”, więc nawet rośliny, nie mają łatwych warunków do życia, mocno uzbrojone są w kolce.

                       

Drzewa oliwne nazywaliśmy pieszczotliwie lokalnym chwastem, bo poza regularnymi gajami oliwnymi były rozsiane po prostu wszędzie, nawet pomiędzy skałami przy Adriatyku.

Turystyka kurortowa kontra „Nudist only”. Promenada w Tučepi  i plaża główna była mocno zatłoczona, i „bogata” w badziewne bibeloty, tony plastiku i kiczu . Wszak turysta z hotelu z basenem musi mieć łatwy dostęp do kręconych frytek, piwa i popularnej muzyki. Totalną przeciwnością są trudniej dostępne plaże nudystów, gdzie panuje spokój, nie ma śmieci, hałasu i nikt na nikogo nie patrzy! Ta świętość niestety bywa naruszana przez turystę „tradycyjnego”, co wręcz skutkowało rozdzieleniem plaży liną z wyraźnym oznaczeniem „Nudist only”.

                       

Nie chodzi tu o „obowiązek” zrzucenia ubrań, ale o sposób wypoczynku „bez plastiku”. Jest jeszcze trzecia możliwość. Niedostępne plaże. I tu należy na prawdę uważać, schodząc do wody, żeby nie spaść ze skał. Są bowiem miejsca gdzie można wypoczywać w samotności, sporadycznie widząc przepływającą motorówkę czy piechura idącego do Makarskiej. Tę właśnie opcję wybieraliśmy my, jako, że ja mam lęki wysokościowe, a Aneta przed głęboką wodą – szanse mięliśmy wyrównane.

               

               

Przygoda zaczyna się wtedy, gdy nie wszytko idzie zgodnie z planem

Wyjazd na Sveti Jure najlepiej zaplanować o świcie, ponieważ jest to nie na tyle oblegany szczyt, co ruch ogranicza się do 25 samochodów w jednym momencie, z uwagi na „drogę na krawędzi”. Jednoślady mają przewagę. Nie muszą czekać w kolejce i nie wliczają się do limitu, ponieważ mogą się mijać praktycznie w każdym momencie.

Ale, ale… Pierwsza próba skończyła się niepowodzeniem, gdyż z jednego motocykla, jak z fontanny, zaczęło tryskać paliwo, zalało nam gaźnik no i oczywiście nie dało się dalej jechać. Udało się nam w miarę szybko zlokalizować mechanika, jednak motocykliści zawsze najpierw próbują sami… Z różnym skutkiem.

Telefon odebrał od nas Arek, serwisujący nasz samochód i pomimo że – jak zaznaczył – motocyklami się nie zajmuje, to po opisie zasugerował otwarcie korka paliwa. Słusznie, okazało się, że w baku robiło się podciśnienie i benzyna zalewała gaźnik i wszystko dookoła. Udało się, mechanik odwołany.

Ale co ze Sveti?

Przemiła gospodyni, w sędziwym wieku, przejrzała kalendarz i znalazła dla nas jeszcze jeden wolny nocleg. Następnego dnia ruszyliśmy przed wschodem słońca. Wjazd do Biokovo przekroczyliśmy jako pierwsi. Oficjalnie park jest czynny od 6:00 i niby można wcześniej wjechać za darmo, ale my szanujemy lokalne interesy ludzi, więc zaczekaliśmy, aby pobrać bilety(50 kun od osoby).

Biokovo to najwyższe pasmo górskie Dalmacji, a jego najwyższym punktem jest druga co do wielkości góra Chorwacji, Sveti Jure (Święty Jerzy). 22-kilometrowa trasa przebiega wzdłuż ściany, którą podziwialiśmy od 3 dni, i ten „Sky Walk”, czyli szklany spacerniak nad 200-metrową przepaścią, z którego rozpościera się niesamowity widok na wybrzeże.  Zajrzeliśmy i tam, ale w drodze powrotnej. Wiele osób nie dociera na Sveti Jure, a interesuje ich tylko Sky Walk. Droga na szczyt – im wyżej tym węższa – bardziej połamana i trudniejsza. Warto poćwiczyć trudne zakręty zanim zdecydujemy się na wyjazd w te strony.

                       

                       

Na szczyt można też wejść pieszo. Choć to tylko 1762 m n.p.m. należy się dobrze przygotować, bo temperatura powietrza w lecie może się odbić na naszym zdrowiu. Na szczycie cisza, spokój i bajeczna panorama 360 na Dalmację… czasem tylko docierały z dołu głosy ludzi, nieradzących sobie z pojazdami w takich warunkach. To nie jest dróżka dla każdego. Na szczęście kadra parku narodowego jest doskonale przygotowana do odpowiedniego sterowania ruchem. Chorwackie zachody słońca…

Nie można przejść obok tych widoków obojętnie. Wybuchowe i jakże zależne od choćby najmniejszego zachmurzenia. Towarzyszyły nam na Istrii i kładły spać w Dalmacji. Kiedy już oczy po całym dniu domagały się snu,   nagle niebo zaczyna płonąć, a człowiek znów zamiera w bezdechu. Coś wspaniałego, absolutnie zjawiskowo!

               

               

Kontynent czy wybrzeże?

Według mnie Chorwację można podzielić na trzy obszary: północno-kontynentalną, kontynentalną i wybrzeże. W tej pierwszej znajdziemy sporo zieleni, przejrzyste rzeki i wspaniałe górskie panoramy. Część kontynentalna jest sucha, bardzo „panoramiczna” i skromna jeśli chodzi o roślinność.

Momentami przerażająca. Jadąc jakimkolwiek pojazdem w tej okolicy, trzeba się liczyć, że w przypadku awarii może nas czekać długi spacer do najbliższych zabudowań. Wybrzeże, te części, które widzieliśmy(Istria i Rivera Makarska) charakteryzują się trzema cechami wspólnymi: czerwona ziemia, sosny i cykady.

Zmieniają się natomiast proporcje. I tak na Istrii Ziemia jest czerwona jak cegła,a sosny bujnie, na południu ziemia jest sucha i sosen nieco mniej, co nie oznacza, że zatraca się ich zapach… Wspaniały. Cykady zamieszkały na całej długości wybrzeża i w części „kontynentalnej”.

Tak na prawdę – po tygodniu obcowania z nimi- nocleg w drodze powrotnej na terenie Węgier wydawał się nijaki…

                       

Kim są ci Chorwaci?

Raczej zapamiętamy ich jako uprzejmych i otwartych ludzi. Nie szczędzących śmiechu i chęci pomocy. W części przygranicznej miny mieli jednak nieco bardziej smutne i zdarzyły się nawet nieprzyjemne sytuacje drogowe. Z Chorwatami można dogadać się na różne sposoby. Robiąc rekonesans przed wyjazdem, każdy mi doradzał język angielski, ale gdy zacząłem używać podstawowych zwrotów, zauważyłem, że jest to język tak podobny do naszego. Ja sugeruję zaznaczyć, „że jestem z Polijska, nasze języki podobne, mów proszę po hrvatsku tylko powoli” – uśmiechają się i zaczyna się gadka kleić w duchu słowiańskiej więzi krwi.

Koliko to kosta?

Tu weźcie poprawkę, że my na prawdę lubimy na surowo a 2/3 budżetu pożerają nam stacje benzynowe. Mogę napisać o kosztach oczywistych. Apartament na ulicy słusznie nazwanej Ekonomija, w kurorcie Tučepi  to ok 70 zł za noc od osoby dorosłej. Przepyszny obiad wegetariański (taki, że niełatwo było go dojeść ze względu na ilość), zalany piwem ok 100 zł za dwie osoby. Najtańsza jest Rakija… Nawet podczas festiwalu, cena barowa to ok 6 zł za 30 ml. W sklepie „małpka” 100 ml kosztuje ok 8 zł. Kupowałem takie małpki, choć na co dzień tego nie robię.

Kraj cieplejszy i i zagrożenie infekcji pokarmowej podwyższone… Jedzenie codzienne w cenach zbliżonych do naszych.

         

Covid 19.

Zaledwie jeden sklep w kurorcie odmówił nam wstępu, pod pretekstem nie posiadania „oryginalnych masek”, my tak jak w PL używamy bandamek tam, gdzie obowiązek istnieje. Ja jestem bliski twierdzenia, ze pani raczej przestraszyła się naszego niezbyt kurortowego wyglądu,.

Ale dowodu na to nie mam. W żadnym innym sklepie, pomimo informacji większego ciśnienia na maski nie było. Warto zaznaczyć, że żaden pogranicznik czy policjant, kontrolujący tysiące osób dziennie nie miał ani maseczki ani rękawic. a przekraczaliśmy granicę węgiersko – chorwacką i chorwacko – słoweńską. Na Węgrzech temat jakby nie istniał, poza stacja benzynową przy Słowacji, gdzie natrafiliśmy na dawno niespotykane już zapory na 3 klientów w obiekcie.

                       

Artur Gawle, współpraca Aneta Zając.

Przykładowe ceny:

Robinzonski Kemp(hr) 82 zł za dwie osoby i dwa motocykl,

festiwal Escape The City ok 90 zł osoba,

kemping Węgry nad Dunajem-droga powrotna 50 zł 2 osoby i dwa motocykle

 wieniety Węgry ok 60 zł na 10 dni za dwa motocykle,

Słowacja: autostrady dla motocyklistów są za darmo

1 Comment

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

Poprzedni wpis

Tour de Pologne. Dobre informacje! Wybudzony i przytomny. Holenderski kolarz w dobrym stanie

Następny wpis

TdP 2020. Zmiana lidera! Polacy znów aktywni