Aleksandra Lisowska: pojechałam do Walencji po rekord Polski w maratonie

Grzegorz Skowron
Dodane przez
8 Min. Czytania
Fot. PAP/Adam Warżawa

„Celem był rekord kraju i czas poniżej 2:26. Pojechałam do Walencji z nastawieniem, że to zrobię i innej opcji nie brałam pod uwagę” – powiedziała PAP Aleksandra Lisowska, która od niedzieli jest najszybsza w historii Polką w maratonie. Dystans 42,195 km pokonała w 2:25.52.

Polska Agencja Prasowa: Jak ocenia pani trasę maratonu i pogodę w Walencji? Czy te czynniki były kluczowe w uzyskaniu rekordu Polski?

Aleksandra Lisowska: Tak naprawdę oba te elementy w dniu biegu są najważniejsze. Forma formą, ale jakby warunki atmosferyczne i trasa byłyby trudne, to na pewno o rekord kraju byłoby dużo trudniej. A w formie najlepszej nie byłam i nie miałam luzu w bieganiu, ale trasa była bardzo szybka i płaska. Nie było żadnych wzniesień i podbiegów. Pogoda też panowała idealna. Nie było ani za zimno, ani za ciepło. Warunki były stworzone do bicia rekordów. Pierwszy raz startowałam w tak prestiżowym maratonie, gdzie na trasie było tylu ludzi. Dopiero na 13. kilometrze dotarłam do pacemakera, który prowadził bieg na wynik 2:26. To świadczy o tym, jak dużo osób uczestniczyło w tym maratonie. Wszystko ułożyło się perfekcyjnie i przełożyło się na końcowy efekt, choć nie byłam w optymalnej dyspozycji.

PAP: Jaka była pani taktyka na ten bieg?

A.L.: Chciałam biec równo i przyspieszyć na ostatnich dwóch kilometrach, bo wiedziałam, że to mój trzeci maraton i ostatni start w tym roku. Organizm był już zmęczony, czułam to na treningach. Ale byłam jak zaprogramowany robot. Wiedziałam, że trzeba zrobić solidną pracę i utrzymać formę. Zresztą cały ten sezon był solidnie przepracowany. Wiedziałam, że jeśli dopisze zdrowie oraz będzie dobra trasa i pogoda, to powinnam złamać 2:26, choć spodziewałam się, że będzie to kosztowało mnie mniej wysiłku. Wszystko było zaplanowane. Na półmetku miałam czas 1:13.01, czyli drugą połówkę przebiegłam minimalnie szybciej. Nadrobiłam na ostatnich dwóch kilometrach, podobnie jak w Rotterdamie, gdy walczyłam o minimum na igrzyska w Paryżu. Miałam rezerwę i wierzyłam, że dam radę w końcówce.

PAP: Nie było obaw, że rekord jednak ucieknie?

A.L.: Podobno był moment kiedy zwolniłam i oddaliłam się od rekordu, ale wiedziałam, że trzeba ruszyć na ostatnich dwóch kilometrach. Na samym finiszu uginały mi się nogi i miałam chwilę zwątpienia, gdy zobaczyłam zegar, bo zmęczenie było coraz większe. Zamknęłam oczy i powiedziałam sobie, że jednak ten rekord musi paść. Gdy wbiegłam na metę i zobaczyłam czas 2:25.52, to byłam już spokojna, ale upewniałam się jeszcze, czy na pewno pobiłam rekord Polski.

PAP: Celowała pani w taki wynik właśnie pod koniec sezonu czy ten sukces jest dla pani zaskoczeniem?

A.L.: Wiedziałam, że zrobiłam wiele treningów na dużych prędkościach i dam radę to zrobić. Z drugiej strony dosyć późno skończyłam zgrupowanie w górach i nie miałam pełnej świeżości. Spodziewałam się jednak szybkiej trasy i dobrej pogody. Moim celem było trzymanie tempa na 2:26. Wiedziałam, że jeśli wytrzymam do 40. kilometra i ruszę w końcówce, to powinno się udać. I rzeczywiście wszystko odbyło się tak, jak sobie założyłam. Celem był rekord Polski i czas poniżej 2:26. Pojechałam do Walencji z nastawieniem, że to zrobię i innej opcji nie brałam pod uwagę. Miał być rekord Polski, no i jest.

PAP: Poprawiła go pani o 16 sekund. Poprzednią rekordzistką była Małgorzata Sobańska, która w 2001 roku uzyskała czas 2:26.08. Czy na tym poziomie to znacząca różnica?

A.L.: Wynik poniżej 2:26 jest bardzo fajny. To już naprawdę europejski poziom. Uważam jednak, że w przyszłości stać mnie na 2:23. Jednak ten rok był trudny. To były moje czwarte w tym roku przygotowania do maratonu. Pierwszy miałam biegać już w lutym, ale po drodze doznałam dwóch urazów. Później był maraton w Budapeszcie, gdzie zaszwankowało zdrowie, bo miałam problemy żołądkowe. Po mistrzostwach świata rozpoczęłam przygotowania do maratonu w Walencji. Nie liczę, ile przebiegłam kilometrów w tym roku, ale to był pracowity i bardzo trudny okres. Cieszę się, że potrafiłam się zmobilizować, byłam zdrowa i udało się zejść poniżej 2:26. Jestem świadoma, że stać mnie na więcej, ale w tym roku już nic bym z siebie nie wykrzesała. Teraz muszę odpocząć, zregenerować się i podziękować swojemu ciału za to, że wytrzymało ze mną, bo nie miało lekko. Bardzo ciekawe, jak szybko będę w stanie pobiec, gdy będę wypoczęta, po drodze nie będzie się nic działo i będę miała do przebiegnięcia tylko jeden maraton w roku.

PAP: Zwyciężczyni maratonu w Walencji – Etiopka Worknesh Degefa – uzyskała czas 2:15:51. Czy takie wyniki są w ogóle w zasięgu biegaczek z Europy?

A.L.: Uważam, że nie. Dziewczyny z Kenii i Etiopii urodziły się do biegania na takim poziomie. Europejkom trudno zbliżyć się do granicy 2:20. Myślę jednak, że 2:23 jest realne w moim wykonaniu. Uważam, że Europejki mogą tyle biegać. Natomiast na mistrzostwach świata czy igrzyskach olimpijskich rekordy życiowe nie grają tak dużej roli, ponieważ tam bardziej chodzi o taktyczne rozegranie biegu, np. Amerykanka Molly Seidel zajęła trzecie miejsce w igrzyskach w Tokio. Przegrała tylko z Kenijkami, ale za nią były dziewczyny, które miały dużo lepsze „życiówki”, a jednak je pokonała. Panowały wtedy trudne warunki atmosferyczne, bo było bardzo gorąco, trasa też nie należała do lekkich, a jednak pokazała, że olimpijskie podium jest realne dla kogoś spoza Afryki. To bardzo motywujące, że na najważniejszych imprezach rekordy się nie liczą.

PAP: Jak spędziła pani ostatnie dni i tygodnie przed maratonem? Podobno była pani na zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie…

A.L.: Owszem. Przygotowania do tego maratonu były dosyć krótkie i bardzo intensywne. Od razu po odpoczynku po MŚ w Budapeszcie przygotowywałam się jeszcze do półmaratonu w Czechach. Potem miałam tylko 12 dni przerwy i poleciałam do Kenii, gdzie spędziłam miesiąc. Do Afryki leciałam zmęczona fizycznie i psychicznie, ale potrafiłam się odbudować przez cztery tygodnie. Później poleciałam na Wojskowe MŚ do Lucerny w Szwajcarii, gdzie startowałam w półmaratonie. Tam pobiegłam blisko rekordu życiowego, więc wiedziałam, że jest dobrze. To był dobry prognostyk i fajne przetarcie przed maratonem. Prosto ze Szwajcarii pojechałam do Szklarskiej Poręby na 3,5 tygodnia. Tam zrobiłam całą robotę do maratonu. 10 dni przed startem w Walencji wróciłam do Olsztyna, gdzie była już zima, więc nie było szans, by zrobić jakiś mocniejszy trening. Ostatni tydzień biegałam na bieżni u siebie w domu. To mnie uratowało. Poza tym trener dał mi trochę wolnego, więc organizm zaczął się regenerować. Jak widać fajnie wyszło.

(PAP)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *