Przyroda. Myszołowy z Góry św. Marcina

4 minut czytania

Spotykam je tu regularnie od wielu już lat. Żyją tu dwa gatunki myszołowów: te rodzime, tutejsze, które budują w lesie na Górze swoje gniazda, starannie wybrane na samej górze jakiegoś buka albo dębu. To myszołowy zwyczajne, znakomici łowcy myszy, którymi niemal wyłącznie się odżywiają, choć bywa, że dla urozmaicenia diety połykają latem żaby, ich łupem padają też zaskrońce, krety i szczury wodne, czyli karczowniki ziemnowodne, których sporo na tutejszych, rozległych polach.

Myszołowa zwyczajnego widziałem często w lornetce, jak z gracją łowi myszy. Na ogół przesiaduje na słupie elektrycznym, jakimś samotnym drzewie na skraju lasu albo żerdzi. Z daleka wygląda jakby spał, ale to tylko pozory. Ma doskonały wzrok i słuch: kiedy tylko mysz wychyli się nory i przebiegnie raptem kilka metrów, myszołów natychmiast opuszcza swoje stanowisko, wysuwa błyskawicznie łapę uzbrojoną w śmiercionośne pazury, którymi zabija ofiarę, Najpierw urywa jej łeb i połyka, potem szybko kończy ucztę zjadając resztę. Bywa, że opuszcza swoje stanowisko obserwacyjne i krąży nad polem między lasem a obwodnicą. Doskonały słuch pozwala mu natychmiast zareagować na pisk myszy. Często widuję go, jak stoi w powietrzu w jednym miejscu ,trzepocąc skrzydłami podobnie jak dużo mniejsza od niego pustułka i wpatruje się w mysia dziurę. Wie, i na ogół nigdy nie doznaje zawodu, że mysz wcześniej czy później wychynie ze swojego schronu.

Pod koniec października widywałem w tych stronach szybujące myszołowy zwyczajne. Odlatywały na południe, a ich miejsce zajęły włochate, przybyłe z północy. Będą tu pomieszkiwać aż do lutego lub marca. Spotkają się zapewne na tym rozległym rewirze z tymi zwyczajnymi, które nie zdecydowały się odlecieć i zimę spędzą u nas.

To jednak ryzykowna decyzja, bo w srogie zimy czasami dramatycznie brakuje pożywienia. W jedną z takich wyjątkowo ostrych zim w połowie lat 80-tych minionego stulecia znalazłem przy ul. Błotnej myszołowa zwyczajnego, zapewne jednego z mieszkańców lasu na Górze św. Marcina. Leżał martwy w zamarzniętym śniegu. Spał na pobliskim drzewie i najpewniej spadł w tęgi mróz, bo nie zdołał zgromadzić odpowiedniej ilości pożywienia za dnia, żeby móc przetrwać bezpiecznie mroźną noc. Taka głodowa śmierć bywa też udziałem drobnych ptaków, zwłaszcza sikor, jeśli za dnia nie zdołają się najeść do syta.

Zimujące w tej okolicy myszołowy zwyczajne , które nie odleciały na południe urządzają tu sobie często loty patrolowe nad okolicą. Krążą wtedy na wysokości kilkudziesięciu metrów nad ziemią i starannie „przeczesują” teren, wypatrując myszy. Bywa, że skrada się taki bezszelestnie w niskim locie patrolowym nad tutejszymi polami i łąkami i reaguje bezbłędnie na cichy pisk myszy. Mały gryzoń nie ma żadnych szans, żeby w porę schować się w norce.

Myszołowy mylone są często z jastrzębiami, choć mają od nich zdecydowanie krótszy ogon i dłuższe skrzydła. Czasami straty w drobiu idą na konto jastrzębia właśnie, choć mordu dokonał akurat myszołów. Ale wobec kuraków leśnych i polnych- bażanta i kuropatwy, są raczej bezsilne. Zadowalają się myszami, kretami i szczurami, są więc uważane za sprzymierzeńca człowieka, tępiąc te uciążliwe dla gospodarki rolnej zwierzęta.

Zygmunt Szych

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.